TWÓJ KOKPIT
0

Relacja z Pyrkonu 2026 :: Fandom



Relacja spisana przez Kathi i Bolka

Kurz po Pyrkonie już opadł, więc czas na bastionową relację z imprezy, która w dniach 19–21 czerwca odbyła się na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich. Na miejscu nie zabrakło wyjątkowych gości, ale dla miłośników Gwiezdnych Wojen najważniejszymi osobami, jakie można było spotkać w tym roku, byli aktorzy Giancarlo Esposito i Anton Lesser oraz pisarze Kevin J. Anderson i Kieron Gillen.

Jak co roku, nas najbardziej interesowała Strefa fanów Star Wars, która zrobiła na nas niemałe wrażenie. W latach wcześniejszych imponowała stworzonymi przez fanów makietami, jak rozbity TIE Fighter Najwyższego Porządku, ale w tym roku organizatorzy przeszli samych siebie. Tym, co wyróżniało się najbardziej, był pełnowymiarowy model snowspeedera, któremu towarzyszyła replika probe droida. Obydwa modele robiły piorunujące wrażenie i aż szkoda, że nie udało się podejść bliżej i zajrzeć do środka maszyny z Hoth, choć nawet z dystansu można było dostrzec, że wnętrze zostało oddane równie pieczołowicie jak jego zewnętrzna część.

Innym poruszającym elementem wystawy, były pełnowymiarowe modele X-Winga, TIE Fightera i Brzeszczota niemieckiego konstruktora Project X1. Służyły nie tylko jako repliki kokpitów, ale także pozwalały wcielić się w pilota pierwszych dwóch maszyn, pozwalając rozegrać rundkę w Star Wars: Squadrons. Modelom brakowało nieco szczegółów w środku, a owiewki mogłyby być mocniej przyciemnione, by lepiej oddać atmosferę pilotowania myśliwca, ale mimo to stanowiły niemałą atrakcję, a do kabin cały czas formowały się długie kolejki. Sam twórca maszyn powiedział, że stworzenie jednego takiego kokpitu zajęło mu trzy lata, ale obecnie trwa to około 14 tygodni. Oprócz tego, co przywiózł, ma również pełnowymiarowego X-Winga, TIE Fightera i AT-ST. Wspomniał, że przed pandemią miał zamówienie od EA na dwadzieścia takich kokpitów, które miały polecieć do USA w ramach promocji kosmicznego symulatora, jednak wirus wszystko zaprzepaścił.

Oprócz tego widzieliśmy wystawy, które powracają już od kilku lat, jak pełnowymiarowe modele droidów B1, B2, buzz droida (chociaż te dwa wydają mi się nowością) i Droideki, suknie królowej Amidali od Aldony "ATAT" Talarczyk, kolekcję różnorodnych hełmów i kasków z Gwiezdnych Wojen oraz prywatną kolekcję modeli i LEGO różnych członków fandomu.

Skoro już mowa o LEGO, to warto od razu przejść do strefy poświęconej najpopularniejszym duńskim klockom. Co roku była to strefa, którą odwiedzałem z wypiekami na twarzy, ciekaw, jakie nowe MOC‑i stworzą fani, ale jak stwierdziliśmy, przeglądając kolejne stanowiska w piątkowe popołudnie, wiele z tych modeli widzieliśmy już wcześniej i nie było specjalnie nowych budowli, które zrobiłyby na nas większe wrażenie. Oczywiście nie znaczy to, że nie było tam nic interesującego, ale wcześniejsze lata obfitowały w bardziej różnorodnych budowniczych, a teraz były to w większości te same osoby z tymi samymi modelami.

Główna strefa Star Wars była tylko częścią atrakcji dla fanów Gwiezdnych Wojen. Podobnie jak w poprzednich latach, Mandalorianie z Manda'Yaim również dostali swoje stanowisko udekorowane jak obóz polowy. Na miejscu można było nauczyć się grać w Sabacca, przejrzeć własnoręcznie robione modele fanów, jak działko stacjonarne czy droidy BD‑1 i PIT. Jak zawsze też można było zrobić sobie zdjęcie z jednym z zamaskowanych wojowników, którzy sami tworzą swoje kostiumy. Wrażenie robił między innymi hełm komandosa Republiki z podświetlanymi elementami oraz kolekcja replik blasterów, których nie powstydziłby się żaden mandaloriański wojownik. Szkoda, że pomimo premiery filmu, od której minęło niewiele czasu, nie pokuszono się o żadną formę promocji na stanowisku Mandalorian.

Pogoda jak zawsze dopisała; jak co roku wspominałem jak wcześniejsze edycje Pyrkonu odbywały się w marcu, kiedy potrafił nawet spaść śnieg. Organizatorzy zadbali o bramki wodne, dzięki czemu można było lekko ochłonąć od skwaru, ale znowu - było ich zdecydowanie za mało, by mogły w pełni poprawić komfort nagrzanych betonowych ścieżek Targów. Podobnie - co z tego, że wystawiono beczkowóz z wodą, skoro już pierwszego dnia jej zabrakło, a uzupełniono zapas dopiero następnego. Organizatorzy powinni też zadbać o bardziej przystępne cenowo posiłki na miejscu. 50 zł za małego hamburgera to zdecydowanie przesada, zwłaszcza że koszt biletów na imprezę osiągnął już absurdalny poziom. Może zamiast martwić się, czy dla każdego starczy na autograf, lepiej byłoby zainteresować się podstawowymi potrzebami konwentowiczów, jak woda i jedzenie? Lata mijają, a problemy, o których piszemy nie tylko my w naszych relacjach, cały czas pozostają nierozwiązane. Hot dog — 24 zł, frytki z sosem — 30 zł. Bardziej się opłaca wskoczyć w tramwaj i pojechać na zakupy gdzie indziej.

W strefie stoisk również przez lata niewiele się zmienia - ale może to i lepiej, bo dzięki temu od razu wiem, w którą stronę się kierować i nie muszę martwić się tym, że dostanę udaru od niedziałającej klimatyzacji, która w tym roku chodziła w kratkę — na szczęście częściej działała, niż nie (dowodem były rozstawione wiadra, do których kapała woda z sufitu). Na stoisku Wydawnictwa Olesiejuk można było zaopatrzyć się w specjalne wydania książek Star Wars, w tym prequelową Trylogię Thrawna z ekskluzywnymi okładkami. W sobotę o godzinie 14:00 zeszła już połowa książek, ale jak wiemy z ostatnich informacji, wszystkie się nie sprzedały i cały czas można je zamawiać na stronie Świata Książki. Ceny na stoiskach to temat wałkowany wielokrotnie i nie trzeba być geniuszem, by zauważyć, że targi lub Pyrkon biorą sobie spory procent od sprzedaży, skoro książki, które normalnie można dostać za 40 zł, na konwencie mają narzuconą taką marżę, że kosztują tutaj 60.

Jednym z headlinerów promujących festiwal była wizyta Giancarlo Esposito, w ramach której było zarówno spotkanie jak i możliwość zdobycia autografu. Popularny aktor, dla którego występ w Gwiezdnych Wojnach to zaledwie jedno ogniwo w całym łańcuchu rozpoznawalnych i ikonicznych marek, zaskoczył publikę swoją olbrzymią energią oraz werwą w aktywizowaniu widowni. O ile można było oczekiwać wielkiej charyzmy, to jednak jego entuzjastyczne usposobienie wprawiło w stupor niejednego z widzów. Sam aktor od razu powiedział że przepada za konwentami i możliwością interakcji z fanami. Jak nietrudno się domyślić, większość pytań dotyczyła bezpośrednio lub pośrednio Breaking Bad, ale część jego odpowiedzi miała charakter bardziej uniwersalny - jak to, że nie czuje się typecastowany, bo postacie łotrów są bardziej złożone, natomiast skłania się ku takim interpretacjom, gdzie da się tych złoczyńców polubić. Odnosił się do swojego doświadczenia teatralnego, oraz wypracowanej metody budowania postaci warstwami - tak, by mieć wyobrażenie co grany bohater robi będąc sam w domu. Kładł nacisk na to, jak istotna w pracy aktorskiej jest cierpliwość i zdolność do wyciszenia się, jako że "z ciszy przychodzi inspiracja".
Kolejnym gościem był Kieron Gillen, brytyjski autor komiksowy, odpowiedzialny za napisanie pierwszych 25 numerów serii Darth Vader z 2015 roku, niemal trzydziestu numerów głównej serii Star Wars z tego samego roku, ale znany jest przede wszystkim z tego, że stworzył postać Doktor Aphry — jednej z popularniejszych bohaterek obecnego kanonu. W krótkiej rozmowie z przedstawicielem naszej redakcji stwierdził, że uwielbiał pracować nad oryginalnymi przygodami swojej bohaterki, ale uważa, że dobrze zrobił, dając szansę innym na opowiedzenie kolejnych historii z jej udziałem, i cieszy się z kierunku, w jakim poszli kolejni twórcy.

Jedną z ważniejszych atrakcji dla fanów Star Wars było spotkanie z Antonem Lesserem, z którym udało się zamienić kilka słów podczas odbierania autografów. Jak przyznał, oprócz ostatnich rewelacji, że miał mieć małą rolę w Łotrze Jeden, starał się też o rolę w Mandalorianinie, chociaż tam nie zaszedł daleko, i bardzo cieszył się, że odezwano się do niego później w sprawie roli w Andorze. W Łotrze miał zagrać imperialnego strażnika na Scarif, któremu skradziono kartę dostępu. Jak mówił na spotkaniu w niedzielę — uwielbia postać Partagaza przez to, że nie jest taka jednoznaczna. Nie dostał specjalnych wytycznych, jak zagrać szefa ISB, a showrunner Tony Gilroy pozwolił mu samemu stworzyć tę postać, pomijając to co dostał w scenariuszu, który w czasie Q&A mocno chwalił. Wyjawił też, że to nie jego pierwsza wizyta w Polsce, ponieważ występował w mini- serialu z 2013 roku Szpiedzy Warszawy. Bardzo chętnie podpisuje fanom rzeczy swoim cytatem "calibrate your enthusiasm".

Dla mnie, jako fana Legend, wyjątkowym momentem było spotkanie z Kevinem J. Andersonem. Jego powieści bywają kontrowersyjne, ale nie można mu odebrać ważnej roli jako osoby, która od samego początku Expanded Universe miała fundamentalny wpływ na jego kształt: w końcu wprowadził Akademię Jedi na Yavinie IV, przedstawił nam obraz Kessel, w jaki częściowo poszedł nawet film Han Solo (planeta miała różne opisy na przestrzeni lat), postać Kypa Durrona, admirał Daali, jak i wiele więcej. W końcu był pierwszym autorem, który zabił filmową postać — Crixa Madine’a w książce Miecz Ciemności. Pisarz wspominał wspólną pracę z Ralphem McQuarriem nad Ilustrowanym wszechświatem Gwiezdnych Wojen. Był bardzo podekscytowany pracą ze słynnym artystą, ale także tym, że z racji wieku McQuarrie nie mógł już malować nowych ilustracji, więc Anderson został wpuszczony do archiwów Lucasfilmu, gdzie mógł przejrzeć nigdy wcześniej niepublikowane prace artysty, w tym, jak sam wspomina, nawet szkice na serwetkach. Co ciekawe, jak sam się z tego śmieje, nie dostał tej pracy dlatego, że był najlepszy, ale po prostu mieszkał najbliżej Rancza Skywalkera.

Opowiedział też, jak wyglądało tworzenie planety Kessel w jego Trylogii Akademii Jedi. Bardzo ważne było dla niego, by bohaterowie mogli wyczuwać to, co dzieje się wokół nich, innymi zmysłami niż wzrok, jako że światło uaktywniało przyprawę, przez co fabuła musiała toczyć się wśród ciemnych tuneli planety. Autor był bardzo zadowolony z tego, jak planeta została ukazana w filmie Han Solo. Nawiązał też do błędu z parsekami z Nowej Nadziei, tworząc Otchłań i wszystkie czarne dziury otaczające Kessel, by wyjaśnić tę nieścisłość, ale kiedy spotkał George’a Lucasa i powiedział mu o tym, twórca tylko machnął ręką i stwierdził, że w jego wszechświecie parsekiem i tak mierzy się odległość.

Anderson opowiedział, jak wyglądał jego początek z pisaniem powieści Star Wars. Wszystko zaczęło się oczywiście po sukcesie Timothy’ego Zahna i jego Dziedzica Imperiumi. Książka osiągnęła pierwsze miejsce na listach New York Timesa, które — jak autor wspomina — są dość ekskluzywne i wielu osobom nie podobało się, że "jakaś tam" historia sci‑fi znalazła się wśród tak zaszczytnego grona publikacji. W Poszukiwaniu Jedi dotarło jedynie do drugiego miejsca na liście, i jak twierdzi autor, było to celowe zagranie. Potem już żadna książka Star Wars nie zajęła pierwszego miejsca. Jak mówi, dostał potem dane dotyczące sprzedaży i liczby mówiły same za siebie — przekroczył próg sprzedaży książki, która była wtedy pierwsza na liście.

Anderson został zatrudniony do napisania kolejnej trylogii po Zahnie, a Kathy Tyers Paktu na Bakurze. Jak wspomina autor, jest bardzo szybkim pisarzem, a jego książki wychodziły mniej więcej w pięciomiesięcznych odstępach. Dlatego zostały wydane od razu w miękkiej oprawie, a nie w twardej, która w USA jest bardziej atrakcyjna dla czytelnika. Anderson i Zahn żyli w dobrych stosunkach, więc wymieniali się notatkami w czasie pisania, a także wprowadzali u siebie postacie, które miały pojawić się w książce drugiego autora. Kiedy Anderson pracował nad W Poszukiwaniu Jedi, Zahn kończył pisać Ostatni Rozkaz, więc współpraca wyglądała świetnie. Na dodatek Anderson dostał telefon z pytaniem, czy byłby zainteresowany napisaniem wstępu do wydania zbiorczego Mrocznego Imperium. Wtedy dowiedział się o istnieniu komiksu i mimo że redaktorka mówiła, że nie musi się przejmować wydarzeniami z komiksu, Anderson poprawił część rozdziałów, by wpasować się w wydarzenia z Mrocznego Imperium, tworząc w ten sposób podwaliny pod spójny kanon historii rozgrywających się w Odległej Galaktyce. Jak sam wspomina, jak mógł zignorować to, że Leia i Han mają jeszcze jedno dziecko, Luke przechodzi na Ciemną Stronę, a Imperator powraca do żywych? Kompletne przeciwieństwo Timothy’ego Zahna, który, jak wiemy z innych źródeł, bardzo nie przepadał za historią Mrocznego Imperium i starał się ignorować jakiekolwiek nawiązania do komiksu. W Wizji Przyszłości Mara Jade nawet wspomina, że nie wierzy w to, by Imperator kiedykolwiek powrócił.

Autor wspomina też, że w momencie, gdy Dave Wolverton dołączył do pisarzy, by napisać Ślub Księżniczki Leii, autorzy sami śledzili swoje wydarzenia, by nie wchodzić sobie w drogę, a było to jeszcze przed tym, jak Lucasfilm miał pomysł, dokąd te historie mogłyby zmierzać. Z drugiej strony, kiedy Anderson nawiązał w swoich książkach do holokronu z Mrocznego Imperium, gdzie Exar Kun miał go zniszczyć, został poinformowany, że nie może niszczyć przedmiotu wprowadzonego przez Veitcha, jeśli ten się nie zgodzi. Pisarz komiksu nie miał nic przeciwko temu, ale Anderson podkreśla, że na początku lat 90. to oni odpowiadali za linię czasu Odległej Galaktyki. Oczywiście w pewnej chwili Lucasfilm musiał zatrudnić osobę do śledzenia kolejnych wydarzeń i ten etap się skończył.

Anderson wspomina też ciepło kooperację między różnymi autorami przy tworzeniu Opowieści z Kantyny Mos Eisley oraz Opowieści z Pałacu Jabby. Niestety nie planuje powrotu do uniwersum Star Wars.

Udało się nam zapytać o relację tworzącą się między Lando Calrissianem a Marą Jade w Trylogii Akademii Jedi. Anderson stwierdził, że Zahn wielokrotnie podkreślał, że pomiędzy Marą a Lukiem nigdy do niczego nie dojdzie, więc autor uznał, że skoro Mara ma się już z kimś związać, to kto odmówiłby Billy’emu Dee Williamsowi? Lucasfilm bardzo jednak chciał znaleźć Luke’owi obiekt westchnień, więc Barbara Hambly napisała Dzieci Jedi i wprowadziła Callistę Ming, lecz książka okazała się tak niepopularna, a w międzyczasie Zahn dostał masę listów dotyczących związku Luke’a z Marą, że poproszono Andersona o napisanie drugiego tomu, w którym odkręci cały ten romans.

Skoro wyczerpaliśmy temat co tam mieli do powiedzenia nasi goście, to warto poruszyć pomysł pyrpasów, przepustek, które w tym roku po raz pierwszy wprowadzono, by teoretycznie pozbyć się przynajmniej części kolejek. Po raz pierwszy zaczęto je rozdawać w piątek od 12:30, lecz gdy dotarliśmy po odbiór naszych bilecików o 14:00, nie było już dostępnych wejściówek, a osoba odpowiadająca za ich wydawanie zasugerowała, żebyśmy ustawili się w kolejce o północy, dzięki czemu może w sobotę o 8 rano załapiemy się na wejściówki. Trochę to niepoważne, bo nie wiem, czym ma się to różnić od dotychczasowego stania w kolejce po autograf. Z jednej strony mamy pewność, że nieważne co się stanie, dostaniemy ten podpis, ale stojąc w kolejce po jeden z nich, usłyszałem, że Esposito (do którego się nie dostałem) ma mieć przyspieszony samolot i trzeba szybko ustawiać się do zdjęć, co już samo w sobie jest dowodem, że są niespodziewane sytuacje, których nie da się uniknąć i ktoś jednak może stracić okazję na spotkanie z ulubionym aktorem czy pisarzem, tak jak w poprzednich latach, zanim wprowadzono to "rozwiązanie". Zastanawiałem się, co stało na przeszkodzie, bym dostał wejściówki na wszystkich gości z całego dnia i hipotetycznie zaczął nimi handlować. Teoretycznie zasadą miało być: dostać jedną wejściówkę, wrócić na koniec kolejki i odebrać kolejną, ale osoby je rozdające chyba niekoniecznie trzymały się tej zasady, bo udało mi się dostać wejściówkę zarówno na zdjęcie, jak i autograf jednego z gości przy jednym podejściu. System chyba jednak nie działa do końca tak, jak organizatorzy to przewidzieli. Koniec końców wolałbym już chyba, żeby wzorem innych eventów, autografy były płatne, dzięki czemu można by uniknąć takich sytuacji, a może i cena biletu na cały event mogłaby być tańsza.

Skoro mowa o organizacji, długo zastanawiałem się, czy poruszać ten temat, ale z dziennikarskiego obowiązku warto wspomnieć o tym, jak niemrawo wypadła współpraca z osobą odpowiedzialną za kontakt z mediami. Otóż tuż przed eventem redakcje dostały możliwość umówienia się na wywiad z gośćmi Pyrkonu. Przy okazji przyszedł e‑mail, że Giancarlo Esposito i Anton Lesser mają tak zapełniony kalendarz, że nie można z nimi przeprowadzić wywiadu. Na liście nie było jednak Andersona, więc napisałem do organizatorów z prośbą o ustalenie spotkania. Nie było żadnego odzewu, więc spotkaliśmy się z osobą odpowiedzialną za wywiady na miejscu. Tam, w press roomie zapewniono mnie, że termin na sobotni wieczór jest, że dostanę telefon, czy udało się zaklepać spotkanie, a nawet jeśli się nie uda, to i tak dostanę stosowną informację. Zadowolony z obrotu spraw przygotowałem pytania, ale nadal było zero odzewu. Cierpliwie czekałem, aż nadeszła niedziela i koniec eventu. Pomimo tego, że po zakończeniu Pyrkonu pisałem do organizatora z zapytaniem, co się stało, że się do nas nie odezwał, zwłaszcza że znajomy z innego portalu chwalił się, że dostał ten sam wywiad, o który my prosiliśmy, do dzisiaj nie dostaliśmy żadnej odpowiedzi zwrotnej.

Jak podsumować tegoroczną edycję? Na pewno fani Star Wars nie mogli narzekać na brak gości i atrakcji. Strefa Star Wars działała jak zawsze, czyli świetnie, pogoda dopisała, a po terenie konwentu kręciło się wielu dzielnych cosplayerów, którym niestraszny był upał. Czy wybierzemy się za rok? Pewnie tak. Event stał się już obowiązkowym punktem w kalendarzu każdego miłośnika fantastyki, lecz organizatorzy muszą w końcu zmienić podejście do wydarzenia, bo już od jakiegoś czasu widać, że Pyrkon zjada swój własny ogon i niedługo ceny biletów przestaną zachęcać kogokolwiek do odwiedzenia Poznania w czerwcu, poza tymi najbogatszymi.


TAGI: Giancarlo Esposito (1) Kevin J. Anderson (44) Kieron Gillen (40) Pyrkon (15) Relacja (302)

KOMENTARZE (0)

ABY DODAWAĆ KOMENTARZE MUSISZ SIĘ ZALOGOWAĆ:

  REJESTRACJA RESET HASŁA
Loading..