
„Akira” może być jednym z najważniejszy animowanych pełnometrażowych filmów, który stworzono w Japonii. Został okrzyknięty jednym z największych filmów zarówno science fiction, jak i animowanych, wszechczasów, a Roger Ebert rekomendował go nie raz. Wypuszczony w 1988 rozpoczął zalew japońskiej animacji w Stanach Zjednoczonych w latach 90. i później.
Bazujący na mandze o tej samej nazwie film został wyreżyserowany i napisany przez Katsuhiro Otomo. „Akira” opowiada historię postapokaliptycznej, cyberpunkowej odległej przyszłości w sercu Neo-Tokio. Młody dzieciak z ulicznego gangu motocyklowego, nazywający się Tetsuo, krzyżuje swoją ścieżkę z osobami odpowiedzialnymi za rządowy, wojskowy eksperyment i odkrywa, że wojsko eksperymentuje na nim. Zmieniają go w niesamowicie niszczycielską siłę, a jedynie jego przyjaciele i inni psionicy z programu rządowego mogą go powstrzymać.
Estetyka filmu przywołuje w głowie inspiracje z wielu innych, w tym „Metropolis” czy „Łowcy androidów”, ale reżyser również powołuje się na „Gwiezdne Wojny” jako jedną z jego największych inspiracji. Gangi uliczne łatwo uznać za coś pomiędzy Sojuszem Rebeliantów a młodzieńcami ściągającymi się po ulicach drugiego filmu George’a Lucasa, czyli „American Graffiti”. Japoński rząd w tym filmie bardzo przypomina Imperium, a dodatkowo opór i rewolucjoniści starają się zwalczać nielegalne wojskowe eksperymenty.
Film uderza swoją warstwą wizualną, ale też intrygującymi pomysłami, często ma się wrażenie, że to film Kubrika, bo ma z nim wiele wspólnego z wyjątkiem tego, że jest animowany. Wiele sekwencji przywołujących „Gwiezdne Wojny” od pościgu w kanałach ściekowych przypominają trochę skrzyżowanie pościgu na Endorze z sekwencją w zgniatarce, zaś wszystkie sceny akcji na ulicach Neo-Tokio przypominają trochę pościg na Coruscant na początku „Ataku klonów”. Przez cały film Tetsuo może być trochę odbierany jako postać w stylu Dartha Vadera, zaś jego psioniczne umiejętności przypominają Moc. Jest omamiony władzą, którą otrzymał, a jednocześnie odpowiedzialny za los czegoś większego niż swój własny. Sam pomysł „Akiry”, że ta tajemnicza siła niczym Moc, która jest w ludziach, wciąż pozostawia im wybór w jaki sposób chcą jej używać.
Naukowcy w tym filmie nawet mierzą aurę psioniczną postaci tak jak Qui-Gon testował Anakina na liczbę midi-chlorianów w „Mrocznym widmie”.
Sama finałowa bitwa „Akiry” między Tetsuo i jego najlepszym przyjacielem Kanedą bardzo przypomina tę pomiędzy Anakinem i Obi-Wanem w „Zemście Sithów”. Tetsuo nawet traci ramię w tym konflikcie, co prawda nie mieczem świetlnym ale laserem. Jego ramię zostaje zastąpione robotycznym, które bardzo przypomina te Anakina z „Ataku klonów”.
Ale najbardziej bezpośrednim i oczywistym wpływem „Akiry” na „Gwiezdne Wojny” jest Durge w z serialu „Wojny klonów” Genndy’ego Tartakovsky’ego. Obecnie to co prawda legendy, ale Durge był łowcą nagród wynajętym przez Intergalaktyczny Klan Bankowy by walczyć z Jedi w wojnach klonów. Gdy został zaatakowany przez klony i Obi-Wana Kenobiego stracił wiele ze swojej zbroi ukazując ciało, co przypomina właśnie Tetsuo z punktu kulminacyjnego „Akiry”.
Wkrótce Durge pożera Obi-Wana w przedziwną strukturę swego ciała a Obi-Wan wysadza go od środka za pomocą Mocy. Podobna rzecz spotyka Kanedę skonsumowanego przez mutujące ciało przyjaciela. Jeśli ktoś zobaczy „Akirę” i „Wojny klonów” jedno po drugim, ten hołd dostrzeże bez błędu.
„Akira” był jednym z najbardziej istotnych czynników rozwoju zainteresowania anime i mangą w Stanach Zjednoczonych na początku lat 80. Zjawisko to osiągnęło punkt kulminacyjny w latach 90. A teraz się uspokoiło. Anime, w tym częściowo także „Akira” było jednym z kluczowych czynników, które George Lucas I jego ekipa użyła jako inspiracji przy projektowaniu „Wojen klonów” z 2008 zarówno w wersji filmowej, jak I telewizyjnej. Wiele ze stylu i sekwencji akcji w japońskiej animacji jest tym, co wniosła „Akira”, zaś to co widzimy w „Wojnach klonów” to druga lub trzecia generacja opowiadania historii w animacji.
Film Otomo jest jednym z wielu stworzonych w kraju kwitnącej wiśni, który ukazuje nam fikcyjne życie w Japonii po nuklearnym holokauście. Innym znanym przykładem jest choćby „Godzilla”, ale w obu przypadkach motyw japońskiego kina służy jako odskocznia do kolejnych odcinków „Wojen klonów”, w tym drugim przypadku choćby „The Zillo Beast”.
„Akira” ma rating R ze względu na przemoc i nagość. Co prawda w Wielkiej Brytanii czasem jest oznaczona jako od 12 a czasem od 15 lat. Mój 13-letni syn obejrzał „Akirę” ze mną, gdy zabrałem się za nią ponownie, przygotowując się do artykułu, to nie było dla niego zbyt ekstremalne przeżycie, ale uznał film za przyciężkawy. Publiczności przyzwyczajonej do bardziej nowoczesnego stylu animacji czy anime w tym przypadku, ten film może wydać się trochę przestarzały, ale który film cyberpuknowy o przyszłości z lat 80. nie jest?
Ale nawet przy tym tworzona ręcznie animacja jest wyśmienita, zwłaszcza gra światłami, technologia, wybuchy. To jeden z tych filmów, które powinno się obejrzeć ze względu na ich miejsce w historii kina animowanego. Poza tym jest to naprawdę dobry, piękny filmy science fiction, animowany i jest to niesamowita opowieść.
Warto dodać, że podobno George Lucas i Steven Spielberg wspominali, iż ten film nie był w obrocie w Stanach przez swoją premierą, ale nie znalazłem na to dowodów.
Dziś na nasze ekrany wchodzi film „X-Men: Apocalypse” Bryana Singera. Jednym ze scenarzystów i producentów filmu jest Simon Kinberg, twórca „Rebeliantów”, a także trzeciego spin-offa, o którym na razie niewiele wiadomo. Kinberg jest też głównym mózgiem filmowego świata X-Menów i tej części uniwersum Marvela, która należy do Foxa. Ale powiązania nie kończą się na Kinbergu. Tytułową rolę zagrał Oscar Isaac, czyli Poe Dameron. W filmie zobaczymy też Rose Byrne (Dormé). W pozostałych rolach występują James McAvoy, Michael Fassbender, Jennifer Lawrence, Nicholas Hoult, Evan Peters, Josh Helman i Sophie Turner.





































Wyreżyserowany przez Carola Reeda i napisany przez legendarnego brytyjskiego pisarza Grahama Greene’a „Trzeci człowiek” (1949) jest wspaniałym przykładem filmowego geniuszu, bliski ideałowi brytyjskiego thrillera noir jak tylko można. Osadzony w szaleńczym okresie podzielonego Wiednia okresu po II wojnie światowej, opowiada historię popularnego pisarza Holly’ego Martinsa (Joseph Cotten). Martins jest zwabiony do miasta, do samego centrum aktywności półświatka i czarnego rynku, obietnicą pracy oferowanej przez starego przyjaciela, Harry’ego Lime’a (Orson Welles). Jedyny problem polega na tym, że gdy Martins przybywa do miasta, odkrywa, że Lime został zabity. Teraz to od niego zależy, czy odkryje tajemnicę, której nikt nie chce rozwiązać, i upewni się, iż przy tym sam nie zginie. Gdy dokopuje się głębiej, odkrywa, że powód, dla którego wszyscy ścigali jego przyjaciela, polega na tym, iż ten pracując na czarnym rynku, sprzedał skażony lek, co skończyło się śmiercią wielu dzieci.
To jeden z moich ulubionych filmów. Ma fascynującą zagadkę, nieoczywisty McGuffin i jedne z najlepszych dialogów filmowych w historii, w szczególności niesławną wypowiedź Lime’a o zegarze z kukułką.
To jeden z tych filmów, które są znane z tego, że inspirowały innych filmowców, ale ma też wiele pośrednich i bezpośrednich wpływów na uniwersum „Gwiezdnych Wojen”.
Najbardziej oczywisty przykład jest w trzecim sezonie „Wojen klonów” w odcinku pt: "Corruption". W sercu tego odcinka znajduje się zatruta herbata, którą sprzedano do mandaloriańskiej szkoły. Czarnorynkowi sprzedawcy, chcąc zmaksymalizować swoje zyski, niszczą herbatę za pomocą niebezpiecznych chemikaliów. Podobnie jak Holly Martins, księżna Satine i senator Amidala starają się odnaleźć źródło skażenia, a to, co odkrywają, pozwala im podjąć dalsze kroki, by zminimalizować przestępczość na Mandalorze. Co prawda odcinek nie ma dokładnie postaci w stylu Harry’ego Lime’a, ale zarówno moogańscy przemytnicy, jak i mandaloriański urzędnik nazwany Sidddiqiem są pewną wariacją tej roli.
Więcej tajemniczych inspiracji widać w podróży Obi-Wana Kenobiego w „Ataku klonów”, która jest odbiciem tej drogi Holly’ego Martinsa w bardzo bezpośredni sposób. Gdy Zam Wessel zostaje zabita, on bada sprawę mając tylko poszlakę, a nie wiedząc zupełnie gdzie go to zaprowadzi.
Hrabia Dooku jest w pewnym sensie bardzo Harrym Limem w „Ataku klonów”. Przez pierwsze dwie trzecie obu filmów zarówno Harry Lime, jak i hrabia Dooku są prezentowani w rozmowach innych jako protagoniści. Harry Lime jest przyjacielem Martinsa, więc wydaje się nieprawdopodobne, by mógł być zaangażowany w coś ciemnego i nikczemnego. Hrabia Dooku jest byłym Jedi, który nie mógłby zamordować nikogo. Ale im głębiej wchodzimy w tajemnicę, dostajemy więcej szczegółów o tych postaciach i w końcu, gdy już wiemy kim się okazały w filmie, jesteśmy zaskoczeni i zszokowani. W przypadku Harry’ego Lime’a szok jest większy, bo przez większość filmu mówiono nam, że on nie żyje. Ale gdy widzimy Orsona Wellesa w tej roli stojącego i uśmiechającego się, wszystko co dotychczas wiedzieliśmy ulega radykalnej zmianie. Ta sama prawda dotyczy też Dooku. Gdy Obi-Wan widzi go po raz pierwszy na Geonosis, a ten obiecuje śmierć Padme, neguje to wszystko co nam powiedziano na temat tej postaci.
Gdy tylko pojawiają się wyznania, zarówno Lime jak Dooku mają szansę wytłumaczyć się ze swoich motywacji odpowiednio Holly’emu Martinsowi i Obi-Wanowi Kenobiemu. Harry Lime spotyka się ze swoim przyjacielem niedaleko diabelskiego młyna w Wiedniu, gdzie następuje mowa z bardzo małą ilością kłamstwo. To prowadzi do niesławnej mowy z „zegarem z kukułką” z której film jest znany.
– Jak mówi koleś – mówi Limme Martinsowi – przez 30 lat we Włoszech pod rządami Borgiów mieli wojnę, terror, morderstwa, rozlew krwi, ale wydali na świat Michała Anioła, Leonardo da Vinci i renesans. W Szwajcarii mieli braterską miłość, 500 lat demokracji i pokoju i co stworzyli? Zegar z kukułką.
Lime racjonalizuje straszliwe warunki stworzone przez jego akcje w ten sam sposób jak Sith racjonalizuje swoje.
Dla Dooku sytuacja jest podobna (podobnie jak działanie kamery w tych dwóch scenach). Dooku krąży wokół pojmanego Obi-Wana w ten sam sposób co Lime okrąża Martinsa przy diabelskim młynie. Mówi mu prawdę o korupcji w galaktyce i że jego motywy dlatego są czyste.
Gdy się obejrzy „Trzeciego człowieka” i „Atak klonów” jedno po drugim, podobieństwa są bardzo oczywiste.
Stan Wiednia w „Trzecim człowieku” – miasta podzielonego pomiędzy Amerykanów, Sowietów i Brytyjczyków pod koniec II wojny światowej – przypomina stan galaktyki w powieści Chucka Wendiga Koniec i początek. Nikt naprawdę niczego nie kontroluje, a w efekcie czarny rynek i półświatek rozkwitają.
Interesujące będzie zobaczyć jak rozegrają te lata w galaktyce między „Powrotem Jedi” a „Przebudzeniem Mocy”. Wiemy, że to jest to osadzone w naszej historii, tak tej prawdziwej jak i filmowej.
„Trzeci człowiek” zawiera muzykę na cytrze, a wciągająca tajemnica sprawia, że jest to film właściwie do ponownego obejrzenia. Joseph Cotten, Orson Welles, Trevor Howard i Alida Valli grają tak, że wciągają widzą w historię, zaś scenariusz Grahama Greene’a to zdecydowanie jeden z najlepszych i najbardziej wciągających z tych, które napisano w tamtej erze i w tym gatunku. Zatem jest to film, który trzeba zobaczyć. „Trzeci człowiek” nie ma ratingu w USA, ale w Wielkiej Brytanii oznaczono go jako PG, ze względu na odrobinę przemocy i sytuacje dla dorosłych (morderstwa, romanse i tak dalej). Nie ma tu nic szczególnie niepokojącego wizualnie (to obraz z końca lat 40.), więc nie ma problemu by obejrzeć go z dziećmi wystarczająco dorosłymi, by zrozumieć historię.
2016-01-15 20:41:17 ShaakTi1138 YouTube











Ridley Scott jest twórcą „Łowcy adroidów”, filmu bazującego na powieści Philipa K. Dicka „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach”, mającego swoją premierę na rok przed „Powrotem Jedi”. Opowiada on historię łowcy androidów imieniem Deckard, którego praca polega na znajdywaniu zbuntowanych replikantów, zbiegłych na Ziemię i wysłania ich „na emeryturę” zanim spowodują więcej problemów czy zabiją kogoś.
To film który porusza w delikatny sposób prawa androidów, interesy korporacyjne czy karę śmierci. Ponadto widzimy tu Harrisona Forda w prawdopodobnie swojej trzeciej najbardziej ikonicznej roli. Jest też kilka ukrytych gagów do „Gwiezdnych Wojen”, jak chociażby to, że Bill George, artysta zajmujący się efektami FX pracował tu nad swoim własnym „Sokołem Millennium” o wysokości pięciu stóp, który jest tak prawdę mówiąc sztuczką ze światła, ostatecznie stał się kilkoma różnymi budynkami.

Wygląd Los Angeles w tej alternatywnej przyszłości jest źródłem największej ilości bezpośrednich inspiracji w późniejszych „Gwiezdnych Wojnach”. Zaczynając od „Mrocznego widma”, pamiętne widoki z „Łowcy androidów” służyły jako pierwsza wersja Coruscant, od budynków sięgających nieba po kosmiczne trasy latających pojazdów. Oczywiście oba filmy były zainspirowane „Metropolis” (niemy film z 1927 o którym pisałem wcześniej) „Łowca Androidów” jest jakby wersją 2.0 tego pomysłu, a prequele tworzą wersję 3.0.
Nie ważne, czy George Lucas chciał złożyć hołd dobrze zrobionemu filmowi, czy odwdzięczyć się za umieszczenie „Sokoła Millennium”, reżyser umieścił dwa samochody policyjne z „Łowcy androidów” podróżujące powietrznymi arteriami Coruscant.

Jednym z najbardziej istotnych budynków w „Łowcy androidów” była główna siedziba Tyrell Corporation, firmy produkującej replikantów a jednocześnie podejmującej kwestionowane decyzje wobec nich. Czy to przypadek, że świątynia Jedi, która stała się centrum dowodzenia armią klonów, ma podobny kształt co ten ikoniczny budynek?
Nawet więcej podobieństw można zauważyć w półświatku Coruscant ukazanym w „Ataku klonów” i odcinkach „Wojen klonów” dziejących się niedaleko poziomu 1313. (O powiązaniach tych odcinków z „Łowcą androidów” pisaliśmy wcześniej.) Olbrzymi neon reklamowy widoczny w krajobrazie Los Angeles w „Łowcy androidów” jest tu pięknie oddany, gdy widzimy Anakina ścigającego Zam Wesell, zaś rury i wieże z których wydobywają się płomienie w krajobrazie Los Angeles widać też w strefie przemysłowej gdzie Zam prowadzi Kenobiego i Skywalkera podczas powietrznej sekwencji.
Cały pościg w „Łowcy androidów”, gdy Deckard goni i wysyła na emeryturę replikantkę Zhorę, ma ten sam wygląd i klimat co pościg Anakina za łowczynią nagród rasy Clawtide w „Ataku klonów”.
Ale nie tylko krajobrazy zostały wizualnie wykorzystane w „Gwiezdnych Wojnach”. Apartament Deckarda z klasycznym oświetleniem noir, w pewien sposób mocno przypomina mieszkanie Cada Bane’a który widzieliśmy w odcinku „Wojen klonów” pt. Hostage Crisis. Krata wentylacyjna wydmuchuje tło gdzie widzimy w obu przypadkach techno krajobraz miasta,
Tematycznie „Łowca androidów” zajmuje się moralnością i etyką klonowania, co jest podjęte także w odcinkach „Wojen klonów” takich jak Deserter czy cykl o Umbarze. Ale najwięcej podobieństw w historii widać pomiędzy szwarccharakterami, Royem Battym (którego grał Rutger Hauer) w „Łowcy androidów” i Anakinem Skywalkerem. Zarówno Roy jak i Anakin pracują by ocalić przed śmiercią tych na którym im zależy. Batty chce wiedzieć jak powstrzymać śmierć swoich znajomych replikantów, w szczególności Pris, granej przez Daryl Hannah. Jest gotowy zamordować każdego by ją ocalić, a nawet wkrada się do przypominającego świątynię Jedi budynku Tyrella by zabić mężczyznę, który go tworzył. Anakin wybiera się na podobną przygodę, szuka sposobu by ocalić swoją żonę Padme (graną przez Natalie Portman) od tego co tylko najgorsze. Podczas gdy szał Roya kończy zdecydowanie mniej żyć niż Akanina, efekt jednak jest podobny.
Podobnie jak w „2001: Odysei kosmicznej”, Ridley Scott przemontował i wydał jeszcze raz „Łowcę androidów” w ciągu lat, tworząc alternatywy wobec oryginalnych wersji, w sposób podobny co George Lucas, który ulepszył „Gwiezdne Wojny”. Wersja reżyserska pochodzi z 1992, a wersja ostateczna trafiła do kin po cyfrowej obróbce w 2007.
Dla tych, którzy chcieliby obejrzeć ten film polecam wersję z 2007. Uważajcie, gdyż ma on rating R ze względu na przemoc i odrobinę nagości. W mojej opinii „Łowca androidów” to film który powinien obejrzeć każdy fan science fiction.
Mała aktualizacja od Simona Kinberga, który udzielił wywiadu serwisowi Nerdist: w chwili obecnej zakończyła się produkcja sezonu drugiego. Może się jeszcze to i owo zmienić, ale zasadniczo druga seria jest już gotowa do emisji. Można się więc domyślać, że w najbliższym czasie zaczną się prace nad trzecią, o ile taka oczywiście powstanie. Zapytany o Ahsokę powiedział, że dla wielu członków rebelii pozostanie ukryta pod pseudonimem "Fulcrum". I choć Togrutanka jest bardzo oddana sprawie, to będzie też oczywiście zajęta poszukiwaniem tożsamości Vadera. Kinberg powtórzył też to, co powtarzać zwykł ostatnimi czasy w rozmowach o serialu: jest szansa na to, że postacie z "Rebeliantów" pojawią się w formie aktorskiej w "Rogue One" lub w innym filmie, bo oczywiście teraz wszystko jest kanoniczne. Zresztą, wielu bohaterów z oryginalnych filmów i prequeli już wystąpiło w "Rebels". W drugim sezonie będzie co prawda więcej bohaterów z "The Clone Wars", ale pojawią się też ci z OT, choćby Vader.