TWÓJ KOKPIT
0

George Lucas :: Newsy

NEWSY (1199) TEKSTY (32)

<< POPRZEDNIA     NASTĘPNA >>

Z lamusa konwentowego #4: Celebration III

2013-06-07 19:22:53

Trzecie Celebration to przede wszystkim świętowanie wielkiej premiery „Zemsty Sithów”. Odbyło się tym razem trochę wcześniej, bo na prawie miesiąc przed oficjalną premierą – czyli w dniach 21-24 kwietnia 2005. Ponownie zawitano na cztery dni do Indianapolis. Z punktu widzenia historii konwentów, była to powtórka dobrego rozwiązania, z małą liczbą poprawek względem poprzedniej edycji. Zresztą duże rewolucje od tamtego czasu nie nastąpiły. Jednak to właśnie „Zemsta” sprawiła, że to Celebration było wyjątkowe. Niektórzy wierzyli nawet, że to będzie ostatni taki konwent, zwłaszcza, że to miał być ostatni film.

Ta sama lokalizacja, ci sami organizatorzy sprawili, że większość fanów wracających do Indianapolis czuła się tu jak w domu. I przybyli bardzo licznie bo szacuje się, że było 29 tysięcy osób. Są też wyższe szacunki mówiące o 34 tysiącach, mogą one jednak dotyczyć ilości wejściówek, a nie osób. Niektórzy jadąc na dwa dni kupowali dwie jednodniowe wejściówki. Trzymając się jednak tej pierwszej liczby to mamy jakieś dwa tysiące osób więcej niż na Celebration II. Starano się przebić poprzedni konwent i to pewnie się udało. Lepiej zorganizowano panel kolekcjonerski, dodano tam kilka punktów o produkcji figurek. Wykorzystano dość mocno całą masę aktorów, którzy grali ogony w „Zemście Sithów”, wielu z nich pozowało do zdjęć i sprzedawało autografy. Wśród nich była także Bai Ling, wokół której kilka dni później zrobiła się afera w związku z jej sesją w „Playboyu”, tak więc ci, którzy wówczas zainwestowali w autograf mogli go dość szybko odsprzedać z zyskiem. (więcej o sprawie).

Najważniejszy wkład w rozwój konwentu to pojawienie się sekcji dla VIPów. Jeszcze nie były to wejściówki za specjalną (drogą) cenę, a wystarczyło członkostwo w oficjalnym fanklubie (lub subskrypcja Hyperspace, co z czasem stało się jednym i tym samym). Dla tych fanów przygotowano specjalne miejsce, gdzie można było sobie odpocząć. W środku byli konferansjerzy, którzy zabawiali fanów (np. konkursy wiedzowe), ale też była okazja do spotkania niektórych twórców (głównie tych od EU) i pogadania w mniejszym gronie. Zorganizowano też coś, czego niestety już się nie robi – fanklubowe śniadanie z prowadzącymi. Oczywiście były pewne ograniczenia ilościowe, no i można było dokupić bilet dla osoby towarzyszącej.

Członkowie fanklubu mieli też okazję zobaczyć serial „Wojny klonów” Tartakovsky’ego na dużym ekranie, zmontowany w sposób taki jaki potem widzieliśmy na DVD.

Ale na takiej imprezie to goście są najważniejsi. Dość ciekawy manewr wykonano z Haydenem Christensenem, który nie dotarł co prawda na konwent, ale panel z nim się odbył, oczywiście za pomocą wideołącza. Jednak dwie najważniejsze osoby to zdecydowanie Rick McCallum i George Lucas. Ten ostatni miał spotkanie z fanami, na którym odpowiadał na ich pytania przez prawie trzy godziny. W spotkaniu wzięło udział jakieś 10000 osób. To właśnie tam George zapowiedział nowe seriale (zwłaszcza aktorski i coś tam mamrotał o animacji, która potem stała się „Wojnami klonów” Filoniego) oraz Star Tours II.

Starano się także prezentować innego typu atrakcje, jak choćby występy teatralne – Star Wars in 30 minutes czy Star Wars One Man Show, powinny one bawić zarówno starych wyjadaczy, jak i niedzielnych fanów. Taki uniwersalny kurs konwentu stał się już standardem.

No i pewnie najważniejsza atrakcja dla wielu, to fragmenty „Zemsty Sithów” jeszcze przed premierą, ale tym razem tego akurat się spodziewano.

Istotną rolę odegrały też oczywiście Legiony. Zdjęcia grupowe 501 to chyba jedna z najbardziej rozpoznawalnych fotek z konwentu. Generalnie po tej imprezie doskonale widać czym stało się Celebration. To miejsce spotkań ludzi z „Gwiezdnymi Wojnami”, nie fanów, ci oczywiście znajdą wiele dla siebie, ale ludzi. Saga stała się ważnym zjawiskiem kulturowym i tu się to eksploruje. Konwent był bardzo dobrze przyjęty, okrzyknięto go nawet imprezą wszechczasów.

O samym Celebration III pisaliśmy też kilka razy w newsach. Na ICO można przeczytać nawet polska relację z konwentu.

Wcześniej wspominaliśmy Celebration 0
Celebration I
Celebration II

Przygotowując się do CE2
Tym razem wspominaliśmy o dwóch rzeczach. Wejściówkach VIPowskich, te na Celebration Europe II nie sprzedały się jak świeże bułeczki, jeszcze są. Ale ponieważ popyt jest mniejszy niż podaż, organizatorzy postanowili je wycofać, więc jeśli ktoś chce się zdecydować to musi to kupić do 20 czerwca. Potem znikną. Normalne bilety oczywiście będą.

Druga sprawa to autografy, pojawiły się już ceny, jeśli ktoś jest zainteresowany to zapraszamy tutaj, tam są najświeższe informacje. O autografach zaś napiszemy w następnej odsłonie cyklu Jadąc na Celebration Europe II.
KOMENTARZE (0)

Drugi Tydzień Powrotu Jedi: Ewok$, czyli endorowe spin-offy

2013-05-31 18:41:08



Choć pierwszy spin-off „Gwiednych Wojen” przez wielu, włącznie z Lucasem, jest odsyłany w niebyt, to jednak sprawił, że w LFL odrobiono lekcję. Nigdy więcej takiego „dziadostwa”. Przy „Imperium” żadne spin-offy nie powstały, natomiast gdy prace nad „Powrotem Jedi” dobiegały końca wszyscy zadawali sobie pytanie – „czy to będzie koniec sagi?”, George Lucas miał coś w zanadrzu. Tylko nie potrafił się od razu zdecydować, co to dokładnie ma być. Miały być godzinne programy telewizyjne, film telewizyjny, ewentualnie nawet serial aktorski. Na ten ostatni nalegało bardzo ABC, ale Flanelowiec ostatecznie odmówił. Gdyby się zgodził, to pierwszy film o Ewokach stanowiłby pilota serialu.

Podstawowe pytanie brzmiało, w jakim kierunku powinna podążać saga. Lucas chciał, by była bardziej familijna, przeznaczona dla dzieci. Dlatego zdecydowano się wszystko osadzić blisko „Powrotu Jedi”, gdzie pojawiły się Ewoki. To one miały być nośnikiem nowych „Gwiezdnych Wojen”, bliższych fantasy niż twardemu SF. Ile z tego powstało w momencie, gdy Lucas wymyślał Ewoki, a ile później, gdy zobaczył jak są one popularne wśród najmłodszych, nie wiemy. Wiemy tylko, że pomysł z Ewokami nie przypadł do gustu starszej widowni, ale to nie do nich były adresowane nowe filmy.

Zaczęło się od Caravan of Courage („Przygoda wśród Ewoków”) z 1984. Czego by nie mówić o „Holiday Special”, to najdziwniejsze jest to, że tamten film odniósł sukces kasowy. Nic dziwnego, że ostatecznie zdecydowano się na powrót do telewizji no i podobny format, może z mniejszą ilością śpiewania i bez kreskówki. Tym razem Lucas zabrał się do tego sam (w przypadku „Holiday Special” nie przyglądał się zbytnio produkcji). George stwierdził, że stawia na jakość i rozpoczęły się prace nad scenariuszem, który pisał Bob Carrau. W efekcie jego rozbudowy zdecydowano się zmienić trochę formę, coraz bardziej przypominało to pełnometrażowy film (acz od razu kierowany do telewizji). Skończyło się na 96 minutach. Zdjęcia kręcono w Redwood Forest, czyli tam gdzie „Powrót Jedi”. Warto pamiętać, że ta lokacja znajduje się w Kalifornii, więc była dostatecznie blisko dla filmowców (niższe koszty).

Największym problemem okazał się budżet, Lucas zawsze cenił sobie jakość, więc chciał dorównać efektom swoich filmów, ale nie zawsze się tak da. Telewizje w tamtych czasach nie dysponowały tak dużymi budżetami, więc przed ILM stało wyzwanie jak w tani sposób zrobić efekty. Mamy tu dużo malowanych obrazów tła, zdjęć poklatkowych i innych pomysłów. Pomysły Lucasa trochę opóźniły produkcję do tego stopnia, że w pewnym momencie reżyser (John Korty) musiał opuścić plan zdjęciowy, zastąpił go sam Lucas. Na szczęście dla niego robiono wtedy głównie dokrętki.

W końcu film musiał trafić do telewizji, więc trzeba było go zareklamować. I tu zrobił się problem, bo gdy okazało się, że w spin-offie nie ma Luke’a, Hana czy Lei, ani nawet znanych z trylogii postaci drugoplanowych, musiano zareklamować się Ewokami. Stąd w zapowiedziach pojawił się tytuł „An Ewok Adventure”, dlatego potem funkcjonowały dwa tytuły. 25 listopada 1984 film zadebiutował w telewizji ABC, potem doczekał się premier (także kinowych) w kilku innych krajach. Tam już miał nowy, oficjalny tytuł „Caravan of Courage: An Ewok Adventure”.

Bohaterami poza oczywiście Ewokami jest mieszkająca na Endorze rodzina Towani. Rozbitkowie zdążyli się tu zaaklimatyzować, ale Endor jest pełen niebezpieczeństw. Rodzice Towani zostają porwani przez okrutnego Goraxa, a dzieci – Cindel i Mace, wraz z Ewokami muszą ich uwolnić.

Film dostał dwie statuetki Emmy – za najlepszy program dla dzieci oraz efekty specjalne.

W 1985 zabrano się za drugi film z cyklu – Ewoks: The Battle for Endor („Bitwa o Endor”). Lucas jak zwykle miał swoje pomysły i nie lubił ograniczeń, więc wiele osób pracujących nad tym filmem wspomina go jako próbę generalna przed „Willow”. Wpływ miała też sytuacja rodzinna Lucasa, który miał wówczas adoptowaną mała córeczkę – Amandę. Chyba dlatego zdecydował się na to, by zrobić film tylko o Cindel. Reszty rodziny Towani nie potrzebował, więc postanowiono ich zabić na początku filmu. Sięgnął także po inspirację filmową, czyli „Heidi” (np. wersja z 1937 z Shirley Temple, acz tę historię ekranizowano kilka razy). Zresztą inspirowano się kinem familijnym, w tym także „Szwajcarską rodziną Robinsonów” (ten film już wcześniej zainspirował Lucasa). Film miał być bardziej przygodowy, większy, no i znów ILM miał pełne ręce roboty. Zmieniono też trochę koncepcję, w efekcie czego Wicket mówi teraz płynnie po angielsku. Potem prostowano, że to nie jest basic, ale odbiór jest inny. Zwłaszcza, gdy ludzie widzą gadającego Wicketa i przypominają sobie, co było w „Powrocie Jedi”.

Zdjęcia kręcono latem 1985 w hrabstwie Marin w Kalifornii (blisko siedziby Lucasfilmu), zadebiutował w telewizji ABC 24 listopada 1985.

Akcja też jest bardziej rozbudowana, tym razem Endorem zawładnęli Maruderzy, a Cindel, jej nowy przyjaciel Noa oraz Ewoki muszą ich pokonać. Film ten był bliższy kina nowej przygody, może dlatego powszechnie jest uznawany za lepszy z cyklu.

Po jego premierze zastanawiano się krótko nad trzecią odsłoną cyklu, ale ograniczenia telewizji przeszkadzały Lucasowi i zajął się ostatecznie „Willow”.

W czasie prac nad „Ewoks: The Battle for Endor” w Lucasfilmie trwały też prace nad serialami - „Droids” i „Ewoks”. Akcja tego drugiego dzieje się dokładnie między filmami o Ewokach i jeszcze bardziej rozbudowuje Endor. Produkcją zajęła się Nelvana. Ewoki doczekały się dwóch sezonów.

Wszystkie produkcje związane z Ewokami i Endorem okazały się całkiem udane, acz ówczesna polityka Lucasfilmu nie chciała zbytnio nadwyrężać marki. Wolano zakończyć projekt, póki jeszcze był dobry. Odbiór tych produkcji zwłaszcza dziś jest jednak trochę inny, acz wiele osób wciąż spogląda na nie z sentymentem.

Wszystkie atrakcje Drugiego Tygodnia Powrotu Jedi znajdziecie w tym miejscu.
KOMENTARZE (7)

Kilka słów o The Star Wars

2013-05-16 18:47:21 oficjalny blog



Tym razem J.W. Rinzler, który od niedawna jest scenarzystą komiksowym, postanowił podzielić się swoimi uwagami na temat swojej nowej serii, „The Star Wars”.

Większość fanów już pewnie wie, że George Lucas dał nam przyzwolenie na zaadaptowanie jego pierwszej, roboczej wersji scenariusza „The Star Wars”, napisanego jeszcze w 1974. Artysta Mike Mayhew ukończył niedawno wszystkie strony pierwszego zeszytu i zaczął pracować nad drugim, dociera się w akcji; kolorysta Rain Beredo jest w połowie pierwszego zeszytu. Ja zaś jestem w połowie adaptowania piątego zeszytu z ośmiu planowanych. Bezpiecznie mogę powiedzieć, że się przy tym dobrze bawimy. Czapki z głów przed Randy’m Stradleyem z Dark Horse’a za znalezienie Mike’a, no i Mike’owi za polecenie Raina. Co za zespół!



Myślę, że fani polubią to – zarówno ci bardziej oddani jak i tacy bardziej okazjonalni, a może także i najmłodsi – ponieważ George opowiedział wspaniałą, przystępną historię, no i ponieważ Mike i Rain robią tak niesamowitą pracę. Ja też staram się ciągnąć mój wózek, a przynajmniej mam taką nadzieję. To fascynujące rozbijać na drobne scenariusz George’a, przyglądać się temu dokładnie i interpretować, jeśli zajdzie taka potrzeba, by zapełnić nieliczne maleńkie dziury, no i przetransferować głównie wizualne i niesamowite akcenty w sekwencyjną opowieść, panel po panelu.

Lubię też proces wplatania w komiks tego, czego się dowiedziałem i do czego się dokopałem pisząc trzy książki o powstawaniu klasycznej trylogii. Choćby pierwsze rysunki McQuarrie’go przedstawiające Sithów czy Wookieech były inspiracją, podobnie jak Gwiazda Śmierci Colina Cantwella. Tam znajdziecie dużo więcej takich nawiązań. Przybliżyłem niektóre w wywiadzie dla Comic Book Resources.





A co mogę dodać nowego? Myślę, że wersje okładki dla zeszytu pierwszego powinny dobrze wyglądać. Widziałem pierwszy szkic, a Lucasfilm go zaaprobował; wszyscy uznaliśmy, że wygląda wspaniale! Drugi też widziałem. Ujawniamy też szkic Mayhewa, który przedstawia Montrossa, postać, która pojawia się w kilku wczesnych wersjach scenariusza, acz zmienia strony. W tej będzie tym dobrym.


KOMENTARZE (0)

Z lamusa konwentowego #1: Pierwsze nie-Celebration

2013-05-09 17:17:30

Chcąc przybliżyć historię konwentów Celebration trzeba cofnąć się trochę wcześniej, do konwentu dziś czasem nazywanego „Celebration 0”, lub „10th Anniversary Celebration”. Oczywiście to nie były oficjalne nazwy, ale z czasem niektórzy o tym zapomnieli.

Cofając się w czasie, trzeba powiedzieć, że koło roku 1987 sytuacja fanów nie wyglądała zbyt wesoło. Od czterech lat nie było nowych filmów, Lucas zaś unikał jak ognia tematu prequeli, nie mówiąc o sequelach. Wydawało się już, że ich nie nakręci. Seriale telewizyjne, które rozwalały uniwersum dodając tam przedziwne rzeczy („Ewoks” i „Droids”) także się kończyły. Spin-offy telewizyjne (Ewoki) pozostawiały wiele do życzenia. Książek nie było. Rynek figurek się załamywał. Marvel także właściwie skończył już serię komiksową. „Gwiezdne Wojny” były prawie martwe. Owszem pojawiały się też pozytywne sygnały, choćby współpraca z Disneyem, która zaowocowała powstaniem Star Tours. Jednak saga nie wyglądała na żywą i zdolną do reanimacji.

Konwenty fantastyki mają swoją długą historię w USA. Także konwenty tematyczne, zwłaszcza te poświęcone „Star Trekowi”, pozwoliły fanom lepiej wpływać na twórców i naprawiać pewne ich błędne decyzje. Gdy jednak mówi się o konwentach i „Gwiezdnych Wojnach” to warto przypomnieć sobie pewną historyjkę dotyczącą Comic-Conu. Tam właśnie w 1976 po raz pierwszy zaczęto reklamować „Nową nadzieję”, właściwie nie mając nic (w tym fotosów, czy zwiastuna). Posiłkowano się plakatem, a potem książką. Jednak zdobywanie serc fanów zaczęło się właśnie od konwentu. Po premierze filmu z pewnością na takich konwentach jak Comic-Con można było znaleźć coś o „Gwiezdnych Wojnach”, ale nie było jeszcze konwentu tematycznego. Nikt nawet nie zdawał sobie sprawy, czy to się sprawdzi. Choć w przypadku „Star Treka” się sprawdzało.

Jednak z okazji 10 rocznicy premiery postanowiono zorganizować pierwszy oficjalny konwent dedykowany „Gwiezdnym Wojnom”. Zorganizował go magazyn Starlog oraz firma Creation Conventions. Lucasfilm dołożył pewnie swoje trzy grosze, ale raczej przyglądał się uważnie przedsięwzięciu i liczył na zyski. Oficjalna nazwa skrócona to „Starlog Salutes Star Wars” z podtytułem „Star Wars 10th Anniversary Convention”. Pełna nazwa zaś brzmiała „A 10th Anniversary Tribute to George Lucas and the Galaxy Far, Far Away Which He Created”. Nic dziwnego, że po latach ludzie woleli to określać skrótowym mianem Celebration.

Konwent odbył się w Los Angles (Kalifornia) w hotelu Stouffer Concourse (adres 5400 W. Centrury Blvd) w dniach 23-25 maja 1987. Jak łatwo się domyśleć główną atrakcją było spotkanie z Georgem Lucasem. Spotkania z Georgem zawsze ściągają największe tłumy i najtrudniej się na nie dostać. Wizyta George’a była historyczna z jednego powodu. Oprócz Flanelowca pojawił się niespodziewanie jeszcze jeden gość, mało znany fanom „Gwiezdnych Wojen”, ale bardzo dobrze znany fanom „Star Treka”. To był Gene Roddenberry, czyli właśnie twórca tej drugiej, kultowej kosmicznej serii. Dziś ten konwent głównie wspomina się z powodu tego wydarzenia.

Ten konwent z 1987 zaczął też wprowadzać pewne tradycje, przejęte później przez Celebration. Jedną z nich była olbrzymia papierowa ściana, gdzie każdy fan mógł zostawić swój podpis. Została ona potem wystawiona między innymi na Celebration IV, obok ustawiono nową, na której kolejni fani mogli się uwiecznić. Inna tradycja to oczywiście okolicznościowe gadżety, w tym plakaty.

Na koniec kilka pamiątkowych zdjęć z konwentu.

Skoro zaś jesteśmy przy konwentach, które nie należą do głównego nurtu warto wspomnieć też o pewnym polskim wydarzeniu. W roku 2000 w Łodzi został zorganizowany konwent o nazwie „Star Wars Celebration 2000”. Oczywiście nie był to oficjalny konwent robiony za zgodą Lucasfilmu, a raczej fanowskie przedsięwzięcie, którego głównym punktem było wspólny seans „Mrocznego widma”. Miano też zorganizować koncert muzyki, ale niestety nie wyszło.
KOMENTARZE (2)

Robert Ebert, „Obywatel Kane” no i „Gwiezdne Wojny”

2013-05-07 16:54:23



Tym razem będzie stosunkowo mało o wpływie na „Gwiezdne wojny”, nie mówiąc już o łapaniu zżynających za rękę, a raczej o analogiach.

Miałem coś innego zaplanowanego na ten miesiąc w filmowej kolumnie, ale po śmierci Rogera Eberta, pogrążony w smutku wróciłem do jego dzieł i znalazłem coś niesamowicie fascynującego, co łączy się z uniwersum „Gwiezdnych Wojen”.

Roger Ebert jest prawdopodobnie jednym z największych nauczycieli języka kina na świecie. Popularyzował go, sprawił, że kolumny takie jak moja tutaj mają sens. Jedne z typowych zajęć prowadzonych przez Eberta, to te, do których możemy wrócić włączając jego komentarz do „Obywatela Kane’a” na DVD czy Blu-ray.

„Obywatel Kane” może być jednym z najbardziej wpływowych filmów w całej historii kina. Używał nietradycyjnych metod opowiadania historii, bezproblemowo łączył efekty specjalne z fabułą, pokazał na ekranie coś, czego jeszcze nigdy wcześniej nie widzieliśmy.

Komentarz Eberta to klasa mistrzowska w kinie, pomaga oglądającym bardziej wgłębić się w film. Gdy dowiedziałem się o jego śmierci, postanowiłem, że to dobry moment by odświeżyć sobie ten komentarz. Zdążyłem już zapomnieć jak często Ebert wspominał o „Gwiezdnych wojnach” w kontekście efektów specjalnych, a „Obywatel Kane” sprawił, że zacząłem myśleć dlaczego.

„Gwiezdne wojny” to jeden najbardziej monumentalnych efektów specjalnych w historii kinematografii. To przełomowy moment dla świata efektów i opowiadania historii, tworzenia kinetycznej energii, z sceny na scenę w taki sposób, jakiego publiczność jeszcze nie widziała.

Kane w tym aspekcie jest bardzo podobny.

Ebert, przez cały swój komentarz ujęcie po ujęciu wyjaśnia dlaczego „Obywatel Kane” jest jednym przetworzonym efektem specjalnym, acz w kontekście całego filmu, pojedynczo one są niedostrzegalne. Gdy George Lucas usiadł do robienia „Gwiezdnych wojen”, w nieunikniony sposób naśladował świat seriali „Flasha Gordona”, gdzie nie przykładano wysiłku do maskowania efektów specjalnych. Nikt nie brał tych starych seriali SF na poważnie, i choć włożono w nie mnóstwo serca, nigdy nie miały wystarczających budżetów by udawać rzeczywistość.

Używając wielu tych samych technik co Orson Welles i jego autor zdjęć, Greg Toland w pionierskim „Obywatelu Kanie”, George Lucas Epizodem IV wprowadził efekty specjalne na nowy poziom, a potem prequelami jeszcze bardziej je rozwinął. Wziął fantastyczność i ożenił ją z rzeczywistością w sposób taki jakiego jeszcze nikt nie wiedział. Lucas wziął „Flasha Gordona” i umiejscowił go w realizmie efektów specjalnych porównywalnym do najlepszych dzieł Orsona Wellesa.

W „Obywatelu Kanie” wiele efektów to wizualne sztuczki, które kreowały ujęcia niemożliwe do uchwycenia za pomocą ówczesnych soczewek. Używano optycznych drukarek do nakładania ujęć. To podstawa dla techniki blue screen i efektów, na których stworzono oryginalną trylogię.

Welles kręcił różne ujęcia aktorów do tej samej sceny, a potem je nakładał na siebie, był w stanie wybrać najlepsze ujęcia danego aktora, nie tracąc przy tym jakości spowodowanej przez różne sceniczne trudności. W jednej z najbardziej pamiętnych scen Kane (Welles) pisze złą recenzję występu swojej żony w operze (na pierwszym planie), podczas gdy jego przyjaciel Jed Leland (Joseh Cotten) wpływa na niego z drugiego planu.

Nakręcenie ich osobno, a potem złączenie tej sceny sprawiło, że obaj są doskonale zogniskowani, a wykorzystywane są jedynie najlepsze ujęcia.

Tę technikę George Lucas rozbudował cyfrowo podczas prequeli. Jedna scena przychodzi z „Mrocznego widma” przychodzi do głowy wyjątkowo łatwo, podczas obiadu w domku Skywalkera, kiedy Qui-Gon opowiada o swojej misji wszystkim przy stole. Choć nie kręcono każdego aktora osobno, Lucas mógł wybrać tylko najlepsze interakcje i grę każdego aktora przy stole, a potem cyfrowo je połączyć w jedno super-ujęcie, sprawiając że film jest dokładnie tym, co sobie wyobraził.

Inną sprawą, którą można dostrzec w „Obywatelu Kanie” jako inspirację dla „Gwiezdnych Wojen” to sposób grania. To inny czas więc wygląda to inaczej niż to co już widzieliście. Niektórzy mogą nazwać to nudnym czy sztywnym, ale jest w tym coś magicznego i melodramatycznego w ten sam sposób jaki znajduję w „Gwiezdnych Wojnach”.

Gdyby nie prace Roberta Eberta przez całe jego życie, nie jestem pewien, czy byłbym zdolny wyłapać te nawiązania między filmami, nie jestem też pewien czy potrafiłbym to wyartykułować, gdyby nie jego życiowa droga i sposób mówienia o filmach, którego mnie nauczył (nie tylko mnie, ale szerokiej publiczności).

Więcej powiązań Roberta Eberta i „Gwiezdnych Wojen” nagrałem w specjalnym odcinku podcastu Full of Sith, który zawiera zarówno klipy jak i cytaty z jego recenzji „Gwiezdnych Wojen”.

No i oczywiście polecam obejrzenie „Obywatela Kane’a” zarówno z komentarzem Eberta jak i bez niego. To film odpowiedni dla wszystkich, choć dla młodszych dzieci może zdawać się zbyt powolny. Oglądałem go z moim dziesięciolatkiem, a on zdawał się być zadowolony z tego.


KOMENTARZE (0)

Scenarzysta o pracy nad serialem aktorskim

2013-04-28 09:52:48 Nerdist Writers Panel

W niedawnym podkaście Nerdist Writers Panel, audycji poświęconej scenarzystom i pisaniu scenariuszy, pojawił się Stephen Scaia, scenarzysta telewizyjny takich seriali jak „Magazyn 13”, „Human Target”, „Jericho”, który obecnie pracuje nad kinową adaptacją komiksu „Y: The Last Man”. Jak się okazuje Scaia znalazł w grupie scenarzystów, którzy pracowali nad tajemniczym serialem telewizyjnym Star Wars.

Przypomnijmy, że prace nad scenariuszami trwały w okolicach roku 2010, mówi się, że napisano wtedy scenariuszy na 50 odcinków serialu. Nad całością pieczę sprawował George Lucas i Rick McCallum, obydwaj obecnie na emeryturze. Słowami tego ostatniego: "te scenariusze są ponadczasowe, dzieją się między epizodem trzecim i czwartym, w dwudziestoleciu gdy Luke dorasta. Serial nie jest o Luku, ale o Imperium, które usiłuje zdobyć władzę w całej galaktyce, oraz o podziemiu. (...) Underworld to roboczy tytuł, chodzi o to, co się dzieje pod tym wszystkim, chodzi o kryminalistów, gangi, które rządzą, jak Wall Street rządzi Stanami Zjednoczonymi”.

Zatem Stephen Scaia znalazł się wśród tych scenarzystów, którzy zostali zaproszeni na Ranczo Skywalkera, żeby popracować nad fabułami serialu. Prace nad scenariuszami zorganizowane były w klasyczny sposób tej branży: najpierw cała historia została opracowana wspólnie przez zespół, potem każdy szedł napisać swój scenariusz, żeby potem wrócić i przeczytać wszystkie teksty, porównać notatki, potem napisać wersje poprawioną. Z wypowiedzi Stephena wyraźnie widać, że po pierwsze pracowali blisko z Georgem Lucasem, po drugie jego osoba robiła na nich ogromne wrażenie. Na pytanie o serial odpowiedział: "Są pewne rzeczy, które mogę mówić, pewnych nie powinienem, ale tak, razem ze swoim partnerem pisarskim, Matthew Federmanem, który tam siedzi, byliśmy pierwszą grupą, pierwszym pokojem scenarzystów dla serialu telewizyjnego Star Wars, który ma powstać, albo i nie. To było dokładnie takie doświadczenie, jakie sobie możecie wyobrazić, cała wspaniałość siedzenia tuż obok faceta, który jest jednym z powodów, dla których robisz to co robisz. I siedzisz tuż obok Niego przez półtora tygodnia, bez przerwy. Po prostu rozmawiacie o Gwiezdnych Wojnach. I nie jesteś tylko ty i figurki Star Wars, jak to zazwyczaj było przez całe życie, naprawdę rozmawiasz z Nim. Nie było dla mnie wspanialszego momentu twórczego. Jednego dnia siedzimy wszyscy w jednym pokoju i opracowujemy scenę akcji, a ja biegam po sali podekscytowany, tu ukochana postać, która lata na swoim jetpacku, "przelatuje przez to, robi to, potem to się dzieje...", kończąc siedzę spocony i nie mogąc złapać oddechu, pokój wraca do rozmów, a On siedzi tuż obok mnie pochyla się i mówi "Wiesz, wyglądasz teraz jakbyś miał 9 lat". Odpowiedziałem, że tak właśnie się czuję, a On odpowiedział "Szczerze mówiąc nie bawiłem się tak dobrze przy pisaniu scenariusza odkąd opracowywaliśmy pościg za ciężarówką w "Poszukiwaczach.."." I to...to było miłe uczucie, to dobre towarzystwo!"

Okazuje się, że wielu scenarzystów dostało telefon, żeby przyjechać do San Francisco na półtora tygodnia. Takich grup twórczych przez Ranczo Skywalkera przewinęło się wiele, a nad wszystkim, jak prowadzący serial, panował Lucas: ”To co było wspaniałe, że jako prowadzący serial, wiedział, czego chciał, miał swoje pomysły, ale przez ten tydzień był to klasyczny pokój scenarzystów. Pamiętam przez pierwsze kilka dni nie chciał wstawić białej tablicy, choć radziliśmy mu, że to przydatna sprawa. Trzeciego dnia rozmawialiśmy o czymś, a On miał problem z zapamiętaniem wszystkiego, powiedział "No dobra sprowadźmy tablicę, podszedł do ściany gdzie wisiał obraz Renoira, zdjął obraz i ustawił tablicę. Po minucie przyszli zdenerwowani ochroniarze, ale odpowiedzieli tylko "Ach to pan, przepraszamy, ale nie może pan tak tego po prostu zdejmować".

Jak wiadomo serial nie powstał, z powodów rozbuchanego budżetu, według którego jeden odcinek mógłby kosztować aż 5 milionów dolarów. Stało się tak, ponieważ Lucas zachęcał scenarzystów to całkowitej swobody: Serial jest nieprodukowalny. George mówił "Piszcie co chcecie", a gdy mówiliśmy "Okej, w tym akcie możemy zrobić tylko jedną scenę akcji, bo budżet, koszty scenografii...a Lucas odpowiadał "ludzie, zróbcie, żeby to było fajne, nie przejmujcie się ile to będzie kosztować, po prostu zaszalejcie".

Z tych wspomnień wynika, że praca nad serialem aktorskim Star Wars była ekscytująca, a jej wynik mógł zadziwić niejednego widza telewizyjnego. Pozostaje pytanie czy kiedykolwiek ujrzymy owoce ich pracy. Z pewnością nie przed premierą Epizodu VII, ale gdzieś tam w sejfie są gotowe odcinki kilku sezonów nowego serialu Star Wars, opracowywanego przez George'a Lucasa, a nam tylko przychodzi czekać, czy może ABC się nimi zainteresuje.

Temat na forum
KOMENTARZE (13)

Pogromcy mitów: Kto zabił Anakina Solo?

2013-04-27 11:15:10 http://tosche-station.net

Morderstwo Anakina Solo zostało dokonane z zimną krwią. Zdecydowano o nim w ciepłych gabinetach decydentów Lucasfilmu i Del Rey. Przez wiele lat krążyły ploty, że głównym winowajcą jest George Lucas, który stwierdził, że nie chce mieć dwóch bohaterów imieniem Anakin, jednego w filmach, drugiego w EU. Zwłaszcza jeśli ich historia miałaby wyglądać podobnie. Wynajęto więc skrytobójcę Troya Denninga, by pozbył się młodego Solo. Troy oczywiście wykonał swoje zadanie, zainkasował honorarium i siedział cicho, licząc że za jakiś czas będzie mógł jeszcze kogoś sprzątnąć.

Sprawa jednak nie dawała spokoju fanom. Jedna z fanek, Nanci Schwartz postanowiła przeprowadzić fanowskie śledztwo w celu zbadania domniemanej zbrodni George’a Lucasa i ew. pociągnięcia go do odpowiedzialności. Użyła do tego metody śledczej zwanej Twitteroswerą. Przesłuchała tam świadka Pablo Hidalgo, który nieoczekiwanie zaczął sypać.

Okazuje się, że jak w każdej plotce, tak i w tej było całkiem sporo prawdy. Podobieństwo książkowego i filmowego Anakina z pewnością przeszkadzało twórcom, ale nie tym na najwyższym szczeblu. Raczej tym, którzy bezpośrednio zajmowali się produkcją książek z cyklu „Nowa Era Jedi” i planowali wówczas już kolejną serię. Teraz wiemy, że wśród podejrzanych znajdują się z pewnością Sue Rostoni (odeszła z Lucasfilmu zanim Disney zdążył ją wywalić), Shelly Shapiro a także autorzy powieści cyklu. Nie można również wykluczyć roli samego świadka, ale niestety niezbitych dowodów brak.

Jedno natomiast jest pewne, George Lucas w tej sprawie zostaje uniewinniony. Oczyszczono go z zarzutów, jednak wciąż nie znamy prawdziwego winnego. Najgorsze jest to, że wszystko wskazuje, że nikt z tej sitwy nie będzie już sypał. Śmierć Anakina została przedstawiona w powieści Gwiazda po gwieździe.
KOMENTARZE (21)

Znowu coś kręcą!

2013-04-25 17:19:16

Są branże, które nie odczuwają zbytnio kryzysu. Choćby branża rozrywkowa. Hollywood cały czas pracuje nad kolejnymi wysysaczami dolarów z naszych portfeli, a Starwarsówek przykłada do tego swoją rękę.

Zaczynamy od Natalie Portman. O jej udziale w filmie „Jane Got A Gun” już pisaliśmy, jednak z westernu robi się thriller, przynajmniej na planie. Już pierwszego dnia ekipę spotkała niemiłą niespodzianka. Reżyserka filmu Lynne Ramsay nie pojawiła się na planie, potem tylko oznajmiła, że rezygnuje z projektu. Oczywiście spowodowało to opóźnienie produkcji i ogólne zamieszanie. Wtedy filmową ekipę opuścił dodatkowo jeszcze Jude Law. Gdzieś po drodze zrezygnował także Michael Fassbender. Nowym reżyserem został Gavin O’Connor, a w miejsce brakujących aktorów weszli Bradley Cooper i Rodrigo Santoro. Dla przypomnienia, poza Portman, w filmie gra też Joel Edgerton. Natomiast skoro przy Natalie już jesteśmy to w ramach przypomnienia, aktorka gra również w filmie „Thor: Mroczny świat”, którego premiera zapowiedziana jest na 8 listopad 2013. Niedawno pojawiły się pierwsze zdjęcia aktorki w tym filmie, a także zwiastun.



Tymczasem Liam Neeson gra ile może. Podpisał kolejny kontrakt, tym razem na film „Gang Story”, będzie to remake francuskiego „Les Lyonnais” z 2011. Na razie nie wiadomo kiedy miałyby ruszyć zdjęcia. Film opowiada o starzejącym się gangsterze Edmondzie „Momonie” Vidalu (w tej roli Neeson), który już od lat siedzi na emeryturce, ale gdy jego przyjaciel z przestępczego półświatka wpada w kłopoty, Momon będzie musiał zaryzykować i znów wejść do gry. Za scenariusz odpowiada David Scarpa („Dzień w którym zatrzymała się Ziemia” z 2008) a reżyserią zajmie się Daniel Espinosa („Safe House”).

Kathleen Kennedy robi karierę. Szefowa Lucasfilm, producentka nowych epizodów jest wymieniana jako potencjalna kandydatka do zastąpienia Boba Igera na stanowisku szefa Disneya. Na razie to tylko plotki, ale dla przypomnienia Igerowi kończy się kontrakt w 2015, Kennedy zaś w Lucasfilmie ma podpisany kontrakt na 5 lat, ale z pewnością zawsze może awansować. Pewnie kluczowe będzie tu przeorganizowanie Lucasfilmu i wyniki finansowe Epizodu VII, oraz to, by ten faktycznie pojawił się w 2015.

George Lucas wrócił do starych, dobrych zwyczajów. Otóż „Red Tails” to kolejny film, który nie zachwycił publiczności, ale podobał się części krytyków. Stowarzyszenie NAACP Image, które docenia artystów o innym niż biały kolorze skóry, oraz filmy podejmujących tematy mniejszości etnicznych uznało wyprodukowane przez Lucasa dzieło za najlepszy obraz 2012. Jednym z głównych konkurentów był „Django” Quentina Tarantino. „Django” musiał zadowolić się nagrodami w innych kategoriach, między innymi za najlepszą rolę drugoplanową. Wygrał Samuel L. Jackson.

Mark Hamill ostro trenuje granie przed ewentualnym, wciąż oficjalnie niezapowiedzianym i niepotwierdzonym powrotem do roli Luke’a Skywalkera. Gościnnie gra ogony w serialach, a to pojawi się w finale sezonu „Criminal Minds”, a także w finale sezonu „Neighbors”. W tym ostatnim będzie mu towarzyszył George Takei („Wojny klonów”, ale bardziej kojarzony jest jako Sulu ze „Star Treka”).



Steven Spielberg wybrał już reżysera do czwartej części „Parku Jurajskiego”. Będzie nim Colin Trevorrow (pamiętamy go ze starań o fotel reżyserski Epizodu VII). Film ma być kręcony w 3D i trafi do kin 13 czerwca 2014. Steven zajmie się także produkcją innego sequela – drugiej części „Przygód Tintina”. Scenariusz już jest, reżyser – Peter Jackson – także. Zdjęcia motion-capture mają się rozpocząć pod koniec roku. Film ma być gotowy na gwiazdkę 2015. A tak zupełnie przy okazji, Steven będzie przewodniczył jury festiwalu w Cannes, który odbędzie się w dniach 15-26 maja.

Rose Byrne, czyli filmowa Dorme, zagra w kolejnej komedii romantycznej – „Tumbledown”. Byrne wcieli się w rolę wdowy po muzyku folkowym, która mieszka w małym miasteczku w Maine. Pewnego dnia przyjeżdża tam reporter (Jason Sudeikis), który będzie chciał zbadać historię śmierci jej męża. No i rozpocznie się zauroczenie... Film wyreżyseruje Sean Mewshaw na podstawie scenariusza Desi Van Tila. Zdjęcia rozpoczną się w Vancouver już w październiku. Byrne ma także kontrakty na dwa inne filmy. Pierwszy z nich to „Townies” ma opowiadać o rywalizacji jednego członka bractwa studenckiego (Zac Efron) ze spokojnym mieszkańcem okolicy (Seth Rogen). Byrne zagrałaby żonę Rogena. Drugi „This Is Where I Leave You” będzie adaptacją książki Jonathana Troppera (sam napisał scenariusz). Będzie to opowieść o rodzinie, która musi spełnić życzenie zmarłego ojca i spędzić siedem dni na uroczystościach pogrzebowych. Wystąpią Jason Bateman, Tina Fey, Jane Fonda, Kathryn Hahn i Corey Stoll.

Rosną szanse na sequel „Trainspotting”. Danny Boyle, reżyser oryginału, stwierdził, że prace nad scenariuszem trwają i jeśli będzie dobry, to chętnie wrócą do tematu. Scenariusz ma być luźno oparty na książce „Porno” Irvina Welsha (oryginalny książkowy sequel). Większość obsady jest chętna by wrócić, nie wiadomo tylko co z Ewanem McGregorem. On stwierdził, że chętnie przeczyta scenariusz i wtedy zdecyduje. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, sequel pojawi się w 2016 (20 rocznica „Trainspotting”). Przymiarki do „Porno” są także robione od dobrych kilkunastu lat.
Ewan zaś wystąpi w thrillerze szpiegowskim „Our Kind of Traitor” (na podstawie powieści Johna le Carre’a). Będzie to opowieść o brytyjskim małżeństwie, które poznając rosyjskiego oligarchę zostaje wmieszane w konflikt między rosyjska mafią a brytyjskimi służbami specjalnymi. Reżyserem będzie Justin Kurzel, a scenariusz napisał Hossein Amini. Niedawno na ekranach widzieliśmy inną adaptację powieści le Carre’a – „Szpiega”.
KOMENTARZE (0)

Gwiezdny ślub roku, znamy szczegóły

2013-04-19 19:31:21

W świecie hegemonii Disneya w „Gwiezdnych Wojnach” nie wszystko jest przekładane i kasowane. Niektóre sprawy nabierają tempa, zwłaszcza te osobiste. W styczniu bieżącego roku George Lucas zaręczył się z Mellody Hobson (więcej), ale widać jurny narzeczony, nie może się doczekać nocy poślubnej, więc cała impreza będzie organizowana szybciej niż zdjęcia do Epizodu VII. Według Hollywood Reporter ślub odbędzie się 29 czerwca 2013 w Hotelu Chicago Peninsula. Dla przypomnienia Chicago to rodzinne miasto panny młodej. Do ołtarza poprowadzi ją Bill Bradley, były senator New Jersey.

Na razie nie wiadomo, kto dostanie zaproszenie na ślub. Spekulacje medialne mówią o znajomkach od kamery pana młodego, czyli Stevenie Spielbergu, Francisie Fordzie Coppoli, a kto wie, czy nie pojawi się tam także Oprah Winfrey czy nawet prezydent Obama (notabene kumpel przyszłej pani Lucas). W każdym razie będzie ciekawie.



Dla przypomnienia, będzie to pierwsze małżeństwo dla 43-letniej Hobson, natomiast dla George’a Lucasa, który niebawem skończy 69 lat, drugie.

Jak fotki z weselicha wyciekną, z pewnością o tym napiszemy. Liczymy też na jakieś ciekawe ploty związane z weselem. Jak się pojawią to na pewno o tym napiszemy. Macie to jak w banku.
KOMENTARZE (20)

„1:42.08”

2013-04-03 17:59:19 Stopklatka

Całkiem niedawno wspominaliśmy o eksperymentalnych filmach George’a Lucasa. Jeden z nich, krótkometrażowy, studencki film „1:42.08” można obejrzeć w sieci. To etiuda pochodząca z 1966, skoncentrowana na jednej z pasji Lucasa, czyli samochodach. W roli głównej wystąpił Lotus 23, którym kierował Pete Brock.

Film jest znany także jako „1:42.08: A Man and His Car” lub „1:42.08: To Qualify”. Możecie go obejrzeć poniżej, zaczyna się od 1:15.



Niedawno w sieci pojawił się inny film Lucasa – „Look At Life”, niestety na razie został usunięty. Jak tylko się pojawi ponownie, z pewnością o tym napiszemy. Teraz możecie zobaczyć jak wygląda eksperymentalne kino wg Lucasa. Swoją drogą o bryce George’a Lucasa pisaliśmy choćby tutaj.
KOMENTARZE (7)

George Lucas...

2013-04-01 09:21:51



George Lucas skończyłby dziś 69 lat... Niestety...

George Lucas, a właściwie to George Walter Lucas Jr., urodził się w małym miasteczku Modesto w Kalifornii, w rodzinie drobnego sklepikarza. Pisane mu było przejęcie rodzinnego interes, jednak młodemu wówczas George’owi marzyła się kariera kierowcy wyścigowego. Niestety, a może stety, w wyniku wypadku samochodowego Lucas musiał zmienić zawód i zdecydował się zostać filmowcem. Miał swoją własną wizję kina, bazującym głównie na tym, co lubił najbardziej, komiksach, kinie japońskim czy westernach. Lucas senior wpierw był zniesmaczony pomysłem syna, ale potem podumał nad tym i wziął to za dobrą kartę. Spojrzał na młodego George’a, introwertyka i wiedział, że wielkim reżyserem to on nie będzie. Liczył w sekrecie, że George nie sprawdzi się nawet jako filmowiec i będzie musiał zająć się sklepem.

George może nie należał do ekstrawertyków, ale jego siła tkwiła w pasji, więc z pasji czerpał swą siłę. Od najmłodszych lat uwielbiał stare filmy, komiksy, ale też fascynował się tym, co tworzyło studio Walta Disneya. Był fanem Disneya do tego stopnia, że jednym z marzeń, jakie zrealizował był wyjazd do Disneylandu. Owszem wiele dzieciaków pragnie czegoś takiego, zwłaszcza w Stanach, u Lucasa jednak było to o tyle wyjątkowe, że pierwsza wizyta w Disneylandzie zbiegła się z jego uruchomieniem. Nikt tak naprawdę nie wiedział jeszcze co to jest i czy to się uda. Lucas jednak musiał tam być i zobaczyć to na własne oczy. Teraz jego obecność w Disneylandzie jest bezsprzeczna, wystarczy popatrzyć na Star Tours czy atrakcje związane z Indianą Jonesem. Swoją drogą jeśli jesteśmy przy jego filmowych dokonaniach warto wspomnieć o wyśmienitej roli George’a Lucasa w filmie Johna Landisa „Gliniarz z Beverly Hills III”. Tam akcja dzieje się między innymi w parku rozrywki, w którym spotykamy George’a Lucasa w jego naturalnym środowisku.

Flanelowiec jednak nie wiązał swojej przyszłości z aktorstwem, choć wystąpił w wielu epizodycznych rolach np. stojąc na moście z Carrie Fisher w filmie „Hook”. Miał w głowie kilka genialnych pomysłów na filmy, choćby o czarnoskórych lotnikach. Przede wszystkim interesował się światem, uczęszczał choćby na kursy antropologii. Tam znalazł fenomenalne dzieło Josepha Campbella pt. „Bohater o tysiącu twarzy”. Coś go tknęło i postanowił je przeczytać, a potem zrealizować, ale za nim do tego doszło zajął się kinem eksperymentalnym. Szkoła filmowa w życiu Lucasa to także czas zdobywania znajomości. To właśnie tu poznał swoich bliskich przyjaciół – Stevena Spielberga, Francisa Forda Coppolę czy Johna Landisa, ale też zafascynowany był postawą jednego ze swoich profesorów, Irvina Kershnera, którego potem zatrudnił.

Eksperymentalny film George’a Lucasa – „THX-1138:4E3” przyniósł mu sławę i uznanie. Lucas wierzył w to dzieło i za pieniądze Coppoli (bo nie swoje) postanowił je nakręcić w wersji dłuższej, wolniejszej i mniej intensywnej, zwłaszcza jeśli chodzi o natężenie barw. Film był fenomenalny, krytycy się nim zachwycali. Niestety „THX-1138” miał jeden feler, całkowicie rozminął się z gustami szerokiej publiczności, przez co Lucas doprowadził Coppolę na skraj bankructwa. Dalsza współpraca z biedakiem nie miała sensu, George musiał zakasać rękawy i zabrać się ostro do roboty, inaczej czekał go powrót do Modesto i pracy w sklepie. Ojczulek pewnie się cieszył z takich ambitnych filmów jak „THX-1138”. Kto wie, czy nie czekał na sequel.

Powrót i ucieczka z Modesto stały się wielką inspiracją dla George’a. Napisał scenariusz filmu „Amerykańskie graffiti”, który opowiadał o grupie młodzieńców, którzy bawią się w swoim rodzinnym miasteczku (wypisz wymaluj Modesto) w ostatnią noc zanim wyjadą na studia i prawdopodobnie nigdy już tu nie wrócą. Lucas postanowił samemu zająć się też ścieżką dźwiękową, ale nie komponował, jedynie wybierał popularne rock’n’rollowe kawałki. Film o młodzieży, skierowany do młodzieży okazał się umiarkowanym sukcesem. Lucas musiał pójść za ciosem i nakręcić kolejny film adresowany do młodzieży, bo w tym właśnie odkrył niszę. Swoją drogą po „THX-1138” nauczył się też czegoś o reżyserowaniu i bardzo często powtarzał aktorom kwestię: „by zrobili to jeszcze raz, ale szybciej i bardziej intensywnie”. Ta maksyma jest kwintesencją talentu reżyserskiego George’a Lucasa i najczęściej powtarzanym przez niego poleceniem.

17 kwietnia 1973 George Lucas zaczął pisać scenariusz swojego największego dzieła, czyli „Gwiezdnych wojen”. Generalnie pisanie scenariusza zawsze stanowiło dla George’a problem, więc wrzucał wszystko, co się dało. Ściągał z „Amerykańskiego graffiti”, wykorzystał filmy japońskie, westerny, komiksy, cykl o Flashu Gordonie i Bucku Rogersie, jakoś zaczęło się to kręcić. Wziął coś z Tolkiena, coś z „Diuny”, coś z „Fundacji” i uniwersum wyglądało w miarę oryginalnie, a przy tym znajomo. Brakowało tylko jakiejś myśli przewodniej filmu, więc George postanowił zaadaptować bardzo wiernie „Bohatera o tysiącu twarzy”, a ponieważ nie była to powieść, tylko praca naukowa, musiał samemu stworzyć postaci i dialogi. Za to wykorzystał wiernie pomysł. Niestety dzieło Campbella miało ten problem, że dzieliło akcję na trzy akty. Ale z drugiej strony, dzięki temu sam film nie był tylko plagiatem i zlepkiem nawiązań.

Film miał premierę w 1977, Lucas nie wierzył w sukces, był już zmęczony wszystkimi trudnościami, ale okazało się, że nakręcił jeden z najbardziej kasowych filmów wszechczasów. Widmo powrotu do Modesto nagle odeszło do przeszłości. Zwłaszcza, że Lucas tak bardzo chciał skończyć ten film, że zgodził się na odstąpienie części honorarium w zamian za prawa do gadżetów i sequeli. W studiach Foxa cały zarząd śmiał się do rozpuku, bo znaleźli jakiegoś idiotę, ale okazało się, że to George wystrychnął ich na dudka. Chciał zabawek, komiksów to je dostał. Ludzie też. W dodatku kupowali to. Gorzej, że ci sami ludzie chcieli dalszych części. Wtedy okazało się, że dobrze, że ten Campbell podzielił swój scenariusz na trzy akty. George mógł spokojnie kręcić trylogię. Potem o „Gwiezdnych Wojnach” musiał zapomnieć. Dopóki ludzie się nie skapną, że można nakręcić drugi raz to samo. O dziwo Joseph Campbell, jak już się skapnął, co George właściwie nakręcił, nie tylko nie wytoczył Lucasowi procesu, ale nawet nazwał go swoim największym uczniem. Zresztą, co tu dużo mówić, George miał na tyle cywilnej odwagi, że zaprosił Campbella na ranczo i pokazał mu ten plagiat/adaptację. Może to sprawiło, że staruteńki Campbell spojrzał na George'a innym okiem.

W między czasie Lucas ze Stevenem stworzyli także serię przygód o „Indianie Jonesie”, sam zaś zabrał się za tworzenie eksperymentalnego kina z „Kaczorem Howardem” na czele. Niestety film o samotnym Kaczorze, który ma problemy z odnalezieniem się we współczesnym świecie i walczy z jakąś szarą siecią nie znalazł uznania. Nie licząc „Indiany” i średnio udanego finansowo „Willow”, większość filmów Lucasfilmu nie potrafiła się wybić. „Zabójcze radio”, „Tucker” czy „Labirynt” były doceniona, ale publiczność nie pokochała tych filmów. „Pradawny ląd”, czy „Kagemusha” podzieliły ten los. Lucas zajął się rozwojem techniki i swoich firm oraz budowaniem Rancza Skywalkera. Industrial Light and Magic oraz Skywalker Sound stały się synonimami jakości. Pixar, który zresztą Lucas sprzedał dość wcześnie, również się wybił. Lucas nawiązał też współpracę z Disneyem i nakręcił dla nich film do Disneylandu – „Kapitana EO” z Michaelem Jacksonem w roli głównej. Potem przyszła pora na Star Tours. Brakowało tylko jednego, filmu na miarę „Gwiezdnych Wojen”, zwłaszcza, że okazało się, że na sadze nadal można zarabiać. W latach 90. Lucasfilm coraz mocniej rozwijał tę markę w innych mediach, wróciły książki, komiksy, gry. W końcu ILM pracował też nad takimi filmami jak „Terminator 2” i „Park jurajski”, a Lucas widząc co można osiągnąć wiedział, że wraca do „Gwiezdnych Wojen”. I zaczął pisać scenariusz sam jesienią 1994. Nie szło mu to jednak najlepiej, w końcu znów zdecydował się sięgnąć po „Bohatera o tysiącu twarzy” i powtórnie go zrealizować, inaczej interpretując pewne fakty, a film kierując do młodszego pokolenia. Tym razem jednak był panem i władcą, sam decydował o wszystkim, nie musiał użerać się ze studiem, więc nie tylko napisał scenariusz, wyprodukował całą trylogię, ale też zdecydował się ją wyreżyserować.

Zgodnie z przewidywaniami, nowe filmy odniosły sukces kasowy, którego Lucasfilm tak bardzo potrzebował. Filmy nie podobały się ani krytykom, ani fanom, ani właściwie nikomu innemu, zwłaszcza „Mroczne widmo”, jednak to właśnie ono zarobiło najwięcej z nowej trylogii.

Po „Zemście Sithów” przyszedł czas odpoczynku. Lucas zamierzał robić serial aktorski i animowany, wyszły mu jedynie „Wojny klonów”, którymi już tak mocno się nie zajmował. Ze Spielbergiem zrealizowali jeszcze czwartego Indianę Jonesa, ta powtórzyła wyczyn „Mrocznego widma”, nie podobała się ludziom, ale i tak to oglądali. Zabrał się także za inny projekt, który odkładał od lat – „Red Tails”. Niestety jak to było z filmami niszowymi Lucasa, tak i ten podobał się choćby aktywistom antyrasistowskich organizacji, ale nie potrafił zarabiać. Studia nawet nie chciały go dystrybuować. Skończyło się na tym, że George za własne pieniądze musiał drukować plakaty.

W końcu George Lucas postanowił wrócić do „Gwiezdnych Wojen”, od których się tak odcinał, ale nie sam. Napisał zarysy kilku fabuł, zatrudnił Kathleen Kennedy, ta zreorganizowała firmę, potem sprzedał Lucasfilm Disneyowi za 4 miliardy USD, a samemu przeszedł na emeryturę.

O Lucasie krążyło wiele plotek. Jedni uważali go za straszliwego wyzyskiwacza, podczas gdy zajmował się filantropią i jak na miliardera żył bardzo skromnie. Inni twierdzili nawet, że ukrywa spisek Reptillian rządzących światem (np. artykuł "Gady u władzy" w Onet).

Ożenił się raz z Marcią Lucas, z którą się potem rozwiódł. Adoptował i wychował trójkę dzieci, a w styczniu 2013 oświadczył się Mellody Hobson. Między Marcią Lucas a Mellody Hobson miał też inne związki z kobietami. Czasem mówi się o Amy Adams, czasem nawet o Catherine Zetcie-Jones.

George Lucas mógłby mieć dziś 69 lat...

Niestety... urodził się jednak 14 maja...

Temat na forum
KOMENTARZE (25)

P&O 12: Czy George Lucas miał kiedyś pomysł na epizody VII do IX?

2013-03-31 08:57:25



Niektóre z pytań, które pojawiły się na oficjalnej, zdążyły się przeterminować. Ten dzisiejszy to najlepszy przykład. Na pytanie odpowiada ulubieniec fanów Steve Sansweet.



P: Czy George Lucas miał kiedyś jakikolwiek pomysł na Epizody VII – IX, czy też może powieści Gwiezdno-wojenne zatrzasnęły wszelkie możliwe koncepcje, niszcząc Imperium?

O: W pierwotnej wersji, George Lucas zakładał potrzebę nakręcenia dziewięciu filmów, by opowiedzieć historię rodziny Skywalkerów. Ale gdy dokładnie zabrał się za linię fabularną, spostrzegł, że to co chce opowiedzieć, to można zrobić w sześciu dwugodzinnych filmach. Ale dziewięcio-częściowa mantra pozostała i nie chce umrzeć. I zapewne nigdy tak się nie stanie. Ale George powtarza, że opowieść którą chciał opowiedzieć ukończy w sześciu filmach, które będzie można oglądać jako jedną epicką sagę. Twierdzi, że szczerze nie ma pomysłów na opowieści po zniszczeniu Drugiej Gwiazdy Śmierci.

LucasBooks zawsze stara się zapytać swego szefa, czy żaden z ich projektów nie interferuje z tym, co akuratnie planuje. I choć plany się zmieniają, resztę wyznacza wspaniały świat fikcyjnego wszechświata, który pokochały setki fanów i tego w żaden sposób nie zatrzyma nikt z protegowanych czy pracowników Lucasa.

K: Enigmatyczna odpowiedź Sansweeta dziś już straciła na ważności. Po pierwsze, Lucasfilm zostało sprzedane Disneyowi, po drugie trzecia trylogia (i być może kolejne) stają się faktem. Po trzecie, George Lucas miał pomysł na sequele i to on napisał krótki zarys scenariusza, który następnie rozbudował Michael Arndt. Ten ostatni obecnie pisze scenariusz siódmego epizodu. Czwarta sprawa to EU, o ile nad wszystkim trzymał pieczę George Lucas, nie mieliśmy z tym większych problemów, teraz wciąż nie ma jasno określonego losu EU. Czy nowe filmy będą respektować całe to dziedzictwo, czy nie. Na koniec jednak warto wspomnieć, że George Lucas zawsze miał wiele pomysłów, a początkowo planował rozpisać sagę na dwanaście części. O tym jak kształtowała się trzecia trylogia więcej przeczytacie tutaj, natomiast jak wyglądała historia pojawiających się plotek i ich dementowania przeczytacie tu.
KOMENTARZE (3)

Apple okradło Lucasa?

2013-03-20 17:15:17

Szykuje się proces sądowy. Firma THX, założona kiedyś przez George’a Lucasa, obecnie działająca już na własny rachunek, acz nadal kojarzona jeszcze z George'em, złożyła pozew przeciwko firmie Apple. Chodzi o patenty, które podobno bezprawnie Apple naruszyło konstruując głośniki do iPhone’ów 4S i 5, iPadów oraz nowszych iMacach. Tym samym naraziło firmę THX na straty. Proces sądowy rozpocznie się w czerwcu w Kalifornii.

Dla przypomnienia, standard THX to system certyfikacji sprzętu do wyświetlania obrazu i generowania dźwięku stworzony w 1982 przez Thomlinsona Holmana, początkowo dla Lucasfilmu. Precyzyjnie opisywał warunki projekcji i odsłuchu kinowego, tak by gwarantować oglądanie filmu w jak najlepszej jakości. System opracowano głównie na potrzeby „Powrotu Jedi”, miał zapewnić wszystkim widzom jednakowo wysoką jakość filmu. System THX był przez wiele lat kojarzony z Lucasfilmem. Nie wiadomo dokładnie od czego pochodzi nazwa, jedne źródła podają, ze jest to nawiązanie do filmu „THX 1138”, przy którym pracował zarówno Holman, no i oczywiście Lucas. Inne źródła sugerują, że to skrót od nazwy „Thomlison Holman eXperiment”.

W Polsce jedynie dwa kina mają certyfikat THX, są to „Krewetka” w Gdańsku oraz „Cinema City – Kinepolis” w Poznaniu.
KOMENTARZE (7)

Znów prawie nic się nie dzieje w temacie filmów

2013-03-16 21:57:32

Ostatnie tygodnie mijają dość spokojnie, przynajmniej gdy chodzi o wieści na temat nowej trylogii i spin-offów. Media nie bombardują nas codziennie nowymi pomysłami, a temat „Gwiezdnych Wojen” zszedł na seriale. Do tego jeszcze wrócimy. Główny wątek wszelkich informacji związanych z nową trylogią, które w różnej formie przewija się przez media w ostatnich tygodniach to powrót klasycznej obsady, czyli Carrie Fisher, Marka Hamilla i Harrisona Forda. Zaczęło się od Carrie, która stwierdziła, że będzie księżniczką Leią. Miało to już być pewne. W międzyczasie trafiła do szpitala, a potem stwierdziła, że żartowała z tą Leią. Mark i Harrison siedzieli cicho, ale zaczął na ten temat wypowiadać się Geroge Lucas. Wspominaliśmy o tym w zeszłym tygodniu, ale dla przypomnienia: George stwierdził, że wielka trójka ma już podpisane kontrakty, a jeśli nie to są one finalizowane. Dodał też, że Lucasfilm czeka by obwieścić tę wiadomość z odpowiednią oprawą. Potem dodawał, że mówił tylko o tym, że negocjacje trwają, ale on nie może powiedzieć, czy się zakończyły sukcesem. Jakiś czas później w tym temacie wypowiedział się także Bob Iger, który wspomniał, że Lucas mówił raczej o negocjacjach. Natomiast na razie nie było jeszcze oficjalnej zapowiedzi. Na dodatek scenariusz nie jest jeszcze ukończony. Iger potwierdził, że dyskusje z aktorami trwają, zostaną jednak zakończone dopiero, gdy Michael Arndt ukończy swój scenariusz.

Co ciekawe, Billy Dee Williams wyznał, że rozmawiano z nim o powrocie do roli Landa. Na razie negocjacje się jeszcze nie skończyły, a on jak sam twierdzi nie podjął jeszcze decyzji. Wcześniej jednak zgodził się na powrót do tej roli w serialu „Detours”.

Tym samym znów wróciliśmy do seriali. Pozornie jest to temat nie związany z nową trylogią, ale jeśli pamiętacie Disney mówił, że widzieliby „Gwiezdne Wojny” trochę w stylu Marvela. Pojawiły się spekulacje jak chcą to osiągnąć. Wcześniej sugerowano, że spin-offy mogłyby dotyczyć nowych postaci, dziać się między epizodami, ale późniejsze zapowiedzi o spin-offach trochę poszły w innym kierunku. Na razie jednak wszystkie spin-offy są na etapie rozwijania pomysłów, a nie pisania scenariuszy. Teraz wygląda na to, że Disney chce przepuścić cały medialny atak „Gwiezdnych Wojen” już po premierze Epizodu VII, ew. rozpocząć tuż przed nim. Nowe epizody miałyby być filmami na miarę „Avengersów”, natomiast reszta miała by wypełnić nam czas między kolejnymi częściami sagi. Jaka reszta, można zapytać? Na razie zapowiedziano dwa spin-offy. Ale jednocześnie przesunięto na czas nieokreślony premiery pozostałych filmów w 3D, dodatkowo zapowiedziano nowy serial i przesunięto premierę „Detours” (więcej). Na razie zmiany następują dość szybko, więc nawet trudno spekulować, co nas czeka, raczej trzeba zobaczyć, co Lucasfilm/Disney zapowiedzą.

Na koniec jeszcze jedna mała ciekawostka. Dwayne „The Rock” Johnson („Król Skorpion”) zapowiedział, że zamierza zagrać w Epizodzie VII. Powiedział, że niebawem zadzwoni do J.J. Abramsa i mu dokładnie wytłumaczy, że może mu pomóc. Ciekawe, czy J.J. Abrams będzie miał odwagę odmówić.
KOMENTARZE (21)

George Lucas i komiksy

2013-03-15 18:27:24 oficjalny blog



Jonathan W. Rinzler dawno nie pisał nic na blogu oficjalnym. Tym razem zamiast pisać o książkach, czy filmach zajął się pewną historią dotyczącą komiksowych pasji George’a Lucasa.



Więc znowu piszę bloga. A czym się zajmowałem? Przeprowadziłem serię długich rozmów z Edwardem (Edem) Summerem, które zostaną opublikowane w formie wywiadu w następnych trzech numerach „Star Wars Insidera”. Większość fanów nigdy nie słyszała o Summerze, choć znajdziecie go przynajmniej na jednym zdjęciu w The Cinema of George Lucas. Pierwszy raz spotkałem Summera w garmażerii Barney Greengrass na Upper West Side w Nowym Jorku, gdy zbierałem materiały do tamtej książki. Rezultatem tamtego spotkania było to, że on pozwolił nam opublikować zdjęcie George’a Lucasa i Franka Frazetty z jego kolekcji, na zewnątrz letniego domku, prawdopodobnie jedyne przedstawiające ich razem (Summer też tam jest).

Wiele lat temu, choć doszło to do mnie dopiero pewnego wczesnego poranka, Summer był naprawdę jedynym łącznikiem z bardzo ważną częścią powstawania „Gwiezdnych Wojen” na wczesnym etapie. Summer wprowadził Lucasa w świat komiksów. To właśnie Summer umożliwił Lucasowi studiowanie oryginalnych dzieł Alexa Raymonda, razem omawiali zasługi komiksowych twórców takich jak choćby Frazetta, Al Williamson, Howard Chaykin, Carl Barks i wielu innych. Summer nawet przeprowadził wywiad z Lucasem na potrzeby dokumentu („The Men Who Made the Comics”), który przygotowywał w ramach narodowych grantów przewidzianych dla sztuki, gdzieś koło 1974-76 (Summer teraz stara się znaleźć ten wywiad, jak go znajdzie, a obiecał, że znajdize, opublikujemy go w Insiderze). Co więcej, Lucas stał się współwłaścicielem pionierskiej galerii Summera w Nowym Jorku: Supersnipe Comic Art Gallery (nazwanej na część postaci z komiksu: dzieciaka, który miał najwięcej komiksów w Ameryce, Koppy’ego McFada, który pojawił się w popularnej w latach 40. Serii. Summer przez wiele lat miał licencję na tę nazwę uzyskaną od Condé Nast).

- „The Supersnipe Comic Book Euphorium” istniało na kilka lat zanim spotkałem George’a (gdzieś koło 1970) – wspomina Summers. - To było drugie wcielenie tego sklepu (przy 16172 Avenue), które George i Gary Kurtz odwiedzali. (Pierwsze było na 83 East Streeat, między 2 i 3 Ave.) Pomysł galerii sztuki wyewoluował w rozmowach i został wcielony w życie (koło 1974?) jako biznes mój i George’a. Po tym jak został rozwiązany, zatrzymałem nazwę i operowałem nią jako dodatku do oryginalnego Supersnipe’a. (A takim podtytłem „The Supersnipe Comic Book Euphorium”, który posiadałem sam, bez współpracy z George’m, było „Sklep z największą ilością komiksów w Ameryce”. To było prawdą przez wiele lat).

Summer był także jednym z przyjaciół George’a, którzy mocno zachęcali go do nakręcenia jego „zwariowanego” kosmicznego filmu fantasy, w dodatku jednym z nielicznych, który nie tylko rozumiał co Lucas chciał stworzyć, ale też skąd czerpał inspirację. Pewnego dnia dostałem email od Summera, który pisał, że przypomniał sobie pewien panel komiksowy, który zdaniem George’a był jedną z kluczowych inspiracji dla „Gwiezdnych Wojen” (zobaczycie to w 141 numerze Insidera, który pojawi się za kilka miesięcy). Summer był także przyjacielem wielu młodych filmowców z Nowego Jorku takich jak Martin Scorsese czy Brian De Palma, brał też udział w imprezach w apartamencie Carrie Fisher, wiedział wszystko o artystach komiksowych jego czasów i wcześniejszych, a nawet produkował filmy, takie jak choćby oryginalny „Conan: Barbarzyńca”, to wszystko złożyło się na to, że stał się sympatycznym przyjacielem George’a.

Więcej na ten temat przeczytacie w następnych numerach Insidera.




KOMENTARZE (1)

O kupnie Lucasfilmu słów kilka

2013-03-09 20:36:22 Bloomberg

Bloomberg Businesweek opublikował bardzo interesujący artykuł o tym, jak mniej więcej wyglądało przejęcie Lucasfilmu przez Disneya. Znamy końcówkę tego procesu, ale właściwie nie wiedzieliśmy dokładnie, kiedy się to zaczęło.

Jak w każdej historii najważniejsi są bohaterowie, odgrywający kluczowe role. Tym razem było ich dwóch. Pierwszy to George Lucas, legendarny twórca „Gwiezdnych Wojen”, wizjoner, człowiek, który zmienił współczesne kino. Uwielbiany w latach 70. i 80., potem jednak przyszły prequele i ten mit zaczął pękać. Filmy zarabiały, ale fani i nie tylko oni, nie byli z nich zadowoleni, nasilała się krytyka. Okazuje się, że starzejący się George Lucas niezbyt dobrze to znosił. To co się działo w czasach klasycznej trylogii, gdy krytyka odbywała się w sposób bardziej kulturalny, choćby za pośrednictwem gazet, to nic z krytyką w czasach Internetu, kiedy każdy mógł w sieci napisać, co myśli o twórcy sagi. George wycofał się i w sumie głośno mówił o tym że zamierza przejść na emeryturę. Jednak nic z tym nie robił. Próbował coś z serialem, ale nie wychodziło to. Sam nie wiedział, w którym kierunku pójść. Z jednej strony odpocząć, z drugiej firma wciąż mu ciążyła, nie chciałby, została przejęta i zmieniona. Dotyczyło to także jego ukochanego dziecka, „Gwiezdnych Wojen”. Trudno je inaczej nazwać. Lucasfilm stał się świątynią sagi. Choćby zatrudnianie ludzi do prowadzenia encyklopedii uniwersum – Holokronu, ludzi do akceptowania opakowań produktów, czy wszelkich licencji. To coś więcej niż biznes, to kontrola całości produktu.

Drugim aktorem jest Robert Iger, zwany często po prostu Bob. Obecnie to szef Disneya, ale nie zawsze tak było i nie zawsze tak będzie. Na początku lat 90. Iger był szefem telewizji ABC, wtedy to też po raz pierwszy spotkał się z George'em Lucasem. Rzecz dotyczyła „Kronik młodego Indiany Jonesa”, które Lucas wyprodukował i szukał telewizji. Iger to kupił, ale o tym pisał już Howard Roffman, przy okazji swojego powrotu do Lucasfilmu. Tymczasem do roku 1996 Iger stał się symbolem władzy telewizji ABC, jej głową. Tyle, że telewizję wykupiła firma Disney. Rządził nią wówczas Michael Eisner, który docenił sposób działania Igera i pośrednio wyznaczył go na swojego następcę. W 2005 Eisner ustąpił ze stanowiska szefa The Walt Disney Company, a w jego miejsce faktycznie wskoczył Bob Iger. Głównym zadaniem, jakie postawił sobie nowy CEO, było zapewnienie kreatywności działania Disneyowi, który wówczas przeżywał pewne problemy. Nie byli już firmą, która odpowiadała za produkcję animowanych hitów, która miała na to monopol. Akcjonariusze nie byli zadowoleni. Przed Bobem stało ciężkie zadanie, ale on miał jeden podstawowy plan. Zrozumiał, że siła wczesnego Disneya przede wszystkim tkwi w postaciach, które są powszechnie rozpoznawalne. To Iger maczał swoje palce w scenicznej adaptacji „Króla Lwa”, czy filmowej serii „Piraci z Karaibów” (jeszcze w 2003). Ten drugi to dość ciekawy przykład, bowiem sam film bazuje na atrakcji z parków tematycznych Disneya, ale wprowadza ją na zupełnie nowy poziom. Bob nie zajmował się w ogóle ani scenariuszem, ani produkcją, był raczej osobą z góry, która gdzieś dała zielone światło i uwierzyła w ten projekt. Jako ciekawostkę można dodać, że Ted Elliot, jeden ze scenarzystów serii, początkowo został zatrudniony przez Lucasfilm do napisania scenariusza do filmu bazującego na serii „Monkey Island”. Nie wyszło, ale pewne elementy udało się zaadaptować w „Piratach”. Iger rozumiał, że najważniejsze w tej serii wcale nie są klimaty z parków tematycznych, a postaci. Sprawdziło się, więc poszedł za ciosem. Skoro nie mógł pokonać konkurentów w dziedzinie animacji, w tym Pixara, postanowił ich wykupić. Pixar to firma założona przez George’a Lucasa, początkowo jako jeden z oddziałów Lucasfilmu, potem przeszła do rąk Paula Allena (współzałożyciel Microsoftu, drugi po Billu Gatesie) oraz Steve’a Jobsa (współzałożyciel i ikona Apple). To właśnie ten ostatni rządził Pixarem, gdy zainteresował się nim Iger. Z tym, że władza Jobsa ograniczała się do tego, by ufać i nie przeszkadzać w pracy Johnowi Lasseterowi. Pixar był w pewien sposób związany z Disneyem, bo po pierwsze Disney najczęściej był dystrybutorem ich filmów, choć w połowie poprzedniej dekady wyglądało, że ich drogi się rozejdą. Po drugie Disney był też licencjonobiorcą, zwłaszcza w parkach tematycznych. Tym samym Iger ograniczył koszty, przejmując Pixara wszystko pozostało w rodzinie, a co ważniejsze miał pewność, że nie uciekną do konkurencji. Jobs postawił jednak twarde warunki. Dobra, dostajecie filmy, prawa, dystrybucję, zabawki, ale po pierwsze Lasseter zostaje na stanowisku, a po drugie nie wtrącacie się w filmy. Robimy je sami, po swojemu. Iger nie tylko zgodził się na to rozwiązanie, ale szybko zrozumiał, że się sprawdza. Odeszły problemy, pozostała praca twórcza. Koszt przejęcia Pixara to 7,4 miliarda dolarów, część oczywiście w akcjach. W 2006 dzięki finalizacji tej umowy, Steve Jobs stał się największym indywidualnym udziałowcem Disneya, więc mógł nadzorować pracę Igera. Inwestycja się opłaciła, ale jedno samodzielne, kreatywne studio to trochę mało. Bob zaczął rozglądać się za kolejnym. W 2009 za 4 miliardy USD kupił Disneyowi Marvela. Znów postanowił zachować całe kierownictwo i wewnętrzną organizację firmy nie tkniętą, zostawiając im swobodę twórczą. Opłaciło się, co doskonale było widać w zeszłym roku, kiedy w kinach tryumfowali „Avengersi”, gromiąc wszelką konkurencję. „Avengersi” to trzeci film wszechczasów, jeśli chodzi o zarobki (bez uwzględnienia inflacji). Iger nie wchodzi w drogę za bardzo Marvelowi, ale lubi ich inspirować. To on wspomina o ewentualnym otworzeniu parku tematycznego poświęconego uniwersum Marvela, także on naciskał, by wraz z ABC zaczęto pracować nad serialem „S.H.I.E.L.D.”. Ale Bob Iger nie zawsze jest królem Midasem, nie zamienia wszystkiego w złoto. O tym świadczy choćby porażka finansowa „Johna Cartera”, jednego z najdroższych filmów wszechczasów. Z tym, że ten był wyprodukowany przez Disneya, a nie jedno z mniejszych kreatywnych studiów. Iger zaś nie ustawał w poszukiwaniu kolejnych firm do przejęcia. Kryterium było jedno – powinny wyglądać jak małe kopie Disneya, najlepiej wczesnego Disneya. Lucasfilm idealnie wpisało się w profil.

Tu mogłaby się zacząć właściwa historia, ale warto jeszcze wspomnieć o jednym powiązaniu. Jeszcze w latach 80. Lucas podpisał z Disneyem umowę, na mocy której w parkach tematycznych pojawiła się atrakcja Star Tours. Z czasem ona się trochę postarzała i Lucasfilm oraz Disney postanowiły ją odświeżyć. W maju 2011 odbyło się otwarcie nowego Star Tours: The Adventure Continue. Byli obecni Bob Iger i George Lucas. Rankiem Iger zaprosił Lucasa na śniadanie, do jednej z restauracji w Disney Worldzie – Hollywood Brown Derby. Iger kazał ją zamknąć, by w dwójkę mogli sobie spokojnie porozmawiać. Iger zamówił sobie parfait jogurtowy, a Lucas duży omlet. Gawędzili sobie, wymieniali uprzejmości i nagle Iger zapytał, czy Lucas nigdy nie rozważał sprzedania swojej firmy. Geoge przyznał, że świętuje właśnie 67 urodziny i coraz poważniej myśli o emeryturze. Dodał też, że nie jest jeszcze gotów na takie rozmowy, ale jak będzie to chętnie porozmawia. Bob poprosił Lucasa tylko o to, by ten przyszedł do niego, gdy będzie gotowy. Potem panowie wyszli na scenę akademii Jedi i zrobiono im między innymi to zdjęcie:



Iger na scenie był zdumiony tym jak sprawnie Lucas potrafi trzymać miecz świetlny, tymczasem Flanelowiec zaczął poważnie myśleć nad przyszłością. Wrócił do siebie do domu i jedną z pierwszych rzeczy jakie zrobił, było przyjrzenie się Pixarowi. Lucas czuje ogromny sentyment do tej firmy, w końcu ją założył. Zresztą bardzo często mówi o niej „moja firma”. No a najważniejsze było to, że Disney jej nie popsuł, nie zmienił, a raczej pozwolił jej działać po swojemu i zabezpieczył ją. To się George’owi podobało, ale musiał przygotować Lucasfilm do sprzedaży.

Jakiś czas później zaprosił na lunch w Nowym Jorku Kathleen Kennedy (pierwsza rola kobieca, ale jednocześnie aktorka drugoplanowa w tej historii). Kathleen znał od dawna, zresztą była jedną ze współzałożycieli Amblina, firmy Stevena Spielberga. Lucas zapytał ją, czy słyszała o tym, że chce przejść na emeryturę. Ta przyznała, że nie. Wtedy Lucas zapytał, czy nie chciałaby zostać szefem Lucasfilmu. Trochę ją to zaskoczyło, ale zgodziła się, zwłaszcza po rozmowie. George stwierdził, że jej rola ma polegać na tym, by przygotować firmę, by mogła swobodnie działać po jego odejściu. Przede wszystkim dużo rozmawiali, przyglądali się franczyzie „Gwiezdnych Wojen”, temu jak zarabia, jak funkcjonuje i jak zakorzeniła się w popkulturze. Pozostały otwarte pytania, jak „Gwiezdne Wojny” mają wyglądać po odejściu Lucasa, co trzeba zrobić, by nadal były atrakcyjne. Po wielu dyskusjach nasuwała się jedyna odpowiedź – filmy. Potrzebowali nowych filmów.

Lucas i Kennedy więc powoli się za nie zabrali. Zatrudnili Michaela Arndta, by napisał scenariusz, ściągnęli do pomocy między innymi Lawrence’a Kasdana. Kennedy załatwiła Abramsa (kulisy operacji), Lucas zaś zajął się rozmowami z aktorami – Markiem Hamillem, Carrie Fisher i Harrisonem Fordem. Zresztą niedawno przyznał, że kontrakty albo już są z nimi podpisane, albo niebawem będą. Dodał też, że na oficjalne ogłoszenie pewnie będziemy musieli trochę poczekać, bo Lucasfilm pewnie będzie chciał zrobić jakąś medialną bombę z tej informacji. Nie ma wątpliwości, że prace nad Epizodem VII i kolejnymi trwają, nawet jeśli wydaje się nam, że coś to wszystko wolno idzie.



Gdy wszystko ruszyło, Lucas rozpoczął negocjacje z Disneyem. Te trwały pięć miesięcy. Przede wszystkim George uparł się, że trzecią trylogię mają robić osoby, które zarządzają Lucasfilmem. Nie tylko Kennedy, dochodzi jeszcze Pablo Hidalgo, który jest obecnie menadżerem marki i Howard Roffman, który pełni dość podobną rolę. Lucasowi, który wraz z Kennedy przeorganizowali Lucasfilm, zależało na tym, by Disney tego nie zepsuł. Warunek możliwy do uzyskania, patrząc na historię wcześniejszych przejęć. Negocjacje przedłużały się nie z powodów finansowych, okazało się, że George ma rozterki. W Lucasfilmie mógł kontrolować wszystko, co dotyczy sagi. Jak chciał to zatwierdzał nawet wygląd opakowań figurek, choć oczywiście miał do tego ludzi. Kathleen Kennedy raz w tygodniu dzwoniła, bądź rozmawiała z Georgem na temat jak on się z tym czuje. Czasami było dobrze, czasem zaś mówił, że nie jest jeszcze gotów na rozstanie się z Lucasfilmem. Ta niezdecydowana postawa z pewnością opóźniała negocjacje. Iger wykazał się wyrozumiałością, wiedział z czego wynikają rozterki Lucasa. Czekał.

Jednym z kluczowych elementów negocjacji były nowe filmy. Lucas przygotował krótki zarys ich fabuły, ale długo nie chciał ich pokazać Disneyowi. Mówił nawet, że w tej materii powinni mu zaufać, w końcu robi je od 40 lat. W końcu ugiął się stawiając twarde warunki. Poza Igerem treatmenty mógł przeczytać jedynie jeszcze wiceprezes Disneya Kevin Mayer. Obaj musieli podpisać pisemne oświadczenia i dostali te teksty jedynie do wglądu. Iger przyznał potem, że widzi w nich dużo potencjału.

Ostatecznie pod koniec października wszystko było dogadane. Iger załatwił Lucasowi przelot do Burbank, gdzie znajduje się siedziba Disneya, gdzie podpisano umowę sprzedaży. Bob twierdzi, że Lucas może nie wahał się, ale z pewnością było w nim bardzo dużo emocji.



Iger zaś następnego dnia, gdy było Halloween przebrał się za Dartha Vadera. Potem rozpętała się burza medialna wokół sprawy.

Resztę na razie znamy. Z tym, że jest jeszcze jedna rzecz. Otóż Kathleen Kennedy ma kontrakt na 5 lat, natomiast Bob Iger chce się wycofać z funkcji szefa Disneya w 2015. Kto ich zastąpi, czy może będą jeszcze dalej pełnić te funkcje nie wiadomo. Co będzie dalej, pewnie dowiemy się z czasem.
KOMENTARZE (8)
Loading..