
Rok 1939 jest uznawany przez wielu za jedno z najlepszych filmowych lat jakie Hollywood miało. Tak więc po Gunga Dinie tym razem zajmiemy się tym jaki wpływ na „Gwiezdne Wojny” wywarł Najlepszy Film z tego roku. Na pierwszy rzut oka może się wydawać bowiem, że „Przeminęło z wiatrem” nie ma wiele wspólnego z „Gwiezdnymi Wojnami”.
Dobra, może jest ich tam więcej niż zgadliśmy. Dla tych, którzy nie znają „Przeminęło z wiatrem”, jest to opowieść o młodej dziewczynie imieniem Scarlet O’Hara, wybucha wojna secesyjna a ona musi robić wiele rzeczy, by przetrwać. Film równoważy elementy komediowe, romantyczne, sceny akcji i w pewien sposób dokumentuje czas który teraz jest „jak zapamiętany sen. Cywilizacja, która przeminęła z wiatrem”.
„Gwiezdne wojny” to film tego samego typu w wielu względach, gdzie akcja, przygoda, romans i komedia są wymieszane w jednym, gotującym, niesamowitym garze. Nieprzypadkowa oba te filmy zawierają czarującego łotra czy to w formie Rhetta Butlera czy Hana Solo. Jest też silna kobieta, która robi to, w co wierzy i to co trzeba zrobić, czyli Scarllet O’Hara i księżniczka Leia. Han i Rhett są bystrymi łotrzykami, przemytnikami i lekkoduchami. Rhett zarobił fortunę na blokadach i okazało się, że ma złote serce, a Han Solo wciąż próbuje się dorobić. Han jednak także okazuje się bohaterem.
Rhett i Scarlett mają między sobą bardzo podobny typ relacji co Han i Leia. Nie ma możliwości, by nie zauważyć tonu między przyszłymi kochankami rozpoczętego w „Przeminęło z wiatrem” i wspaniale pociągniętego w „Imperium kontratakuje”. Myślę o scenie, w której Han i Leia po raz pierwszy całują się na pokładzie „Sokoła Millennium” i porównuję to z Rhettem mówiącym Scarllet:
- Nie, nie pocałuję cię. Ale to ci potrzebne. I to bardzo. Ktoś powinien cię całować. Ktoś, kto to potrafi.
A w dalszej części rozmowy Scarlett nazywa Rhetta:
- Zarozumiały, niecny łajdak!
Trudno tego słuchać nie słysząc słów Lei
- Zarozumiały, odpychający nefopas!
Nie powinno też być niespodzianką, że plakat zrobiony dla „Imperium kontratakuje” jest w gruncie rzeczy, niebieską, przesiąkniętą Hoth, wersją Hana i Lei całujących się, co odwzorowuje czerwono-żółty plakat „Przeminęło z wiatrem”, z płonącą Atlantą w tle i Rhettem który ma zaraz pocałować Scarlett, znajdujących się prawie w tej samej pozie. Nawet sam plakat często jest określany jako „Przeminęło z wiatrem”.
Jest też wiele podobieństw, które można znaleźć. Choćby stracenie przez Scarlett swojej posiadłości, Tary, co jest analogią do Lei tracącej Alderaan. Inni mogliby się kłócić, czy Luke Skywalker nie jest odpowiednikiem postaci Asleya Wilkesa, czyli trzecią osobą w tym miłosnym trójkącie, który nie może jednak być z główną kobiecą bohaterką.
Ale może największe podobieństwo między cyklem „Gwiezdne Wojny” a „Przeminęło z wiatrem” jest to, że są to filmy o niesamowitych efektach specjalnych, które przekraczały bariery tego, co można pokazać na ekranie w różnych erach. Nakładanie obrazów i obrazy tła były użyte prawie po raz pierwszy w kolorze właśnie w „Przeminęło z wiatrem”, a techniki te dopracowano w „Gwiezdnych Wojnach”. W obu przypadkach bariery były łamane, a nad wszystkim czuwał jeden człowiek (David O. Selznick i George Lucas), zdeterminowany by opowiedzieć tę historię we własny sposób.
Dla tych, którzy chcieliby obejrzeć „Przeminęło z wiatrem” sugeruję zarezerwować sobie z jakieś pięć godziny w sobotnie popołudnie, lub podzielić ten film na dwie noce (po przerwie). To film który wciąż się dobrze trzyma i zadziwiające jest to, jak dobrze jest zrobiony. Żarty wciąż są śmieszne, dialogi wciąć mocne, a powieść wciąż mądrze skonstruowana nawet jak na dzisiejsze standardy. To film, który także zapiera dech w piersiach. Przemówienie Hattie McDaniela w drugiej połowie tego filmu uderza mnie prawie tak mocno jak oglądanie rozkazu 66.
Jeśli chcecie oglądać to z dziećmi sugeruję rozbicie na dwie noce. MPAA oceniło film ratingiem G, czyli jest odpowiedni dla wszystkich, ale sugerowałbym przygotować dzieci i porozmawiać z nimi o wojnie secesyjnej, niewolnictwie i rasizmie. Jeśli wytrzymają siedzieć i oglądać tak długo, to sam film powinien być dla nich wystarczającą nagrodą. To coś co oglądałem z moimi dziećmi i były zadowolone zarówno z filmu jak i rozmowy, którą spowodował.
A i jeszcze jedno, jeśli uwzględni się inflację to wciąż najbardziej dochodowy film wszechczasów, który pokonałby „Gwiezdne wojny” o 200 milionów. To po prostu wspaniały film.
Chyba zdążyliśmy się już przyzwyczaić do przecieków z planu, zwłaszcza konceptów. W sumie nie było tego dużo, ale bez nich trudno sobie dziś wyobrazić naszą wiedzę o Epizodzie VII. Pamiętamy jednocześnie, że twórcy podpisywali mnóstwo lojalek i jakby na nic się to zdało. Jakby. Otóż 29 października osoba podpisująca się w Internecie jako Darth_Simi umieściła w sieci zdjęcie Kylo Rena (pisaliśmy o tym tutaj). Nikt wtedy nie wiedział, czy jest ono prawdziwe, czy nie. Nie wiedzieliśmy nawet jak się nazywa postać. Niektóre strony nawet pisały, że to Darth Simi, tak jak osoba, która wrzuciła to do sieci. Zresztą osoba ta wrzuciła na swój profil na ImageShacku jeszcze inne zdjęcia i koncepty, a także fanarty. Całkiem spora kolekcja tego, co zdążyło pojawić się w sieci. Sprawa niby przycichła. Do czasu. Niedawno w San Francisco Lucasfilm wniosło pozew przeciw przedstawicielom ImageShack z prośbą o udostępnienie danych Dartha_Simi. Tak więc zaczyna się ściganie osób odpowiedzialnych za wycieki. Nie wiadomo, czy ścigany(a) jest tylko Darth_Simi, czy raczej chcą w ten sposób dojść do właściwego źródła przecieku. Jednocześnie nie rozpoczęto żadnych działań prawnych przeciw innym stronom, które publikowały te i inne zdjęcia, najczęściej znalezione w sieci lub udostępnione przez kogoś. Widać Lucasfilm zamierza ścigać sprawców zamieszania, ale jednocześnie nie walczy z samymi zdjęciami, które już udostępniono.
Żeby jednak było zabawniej, po sieci krąży jeszcze jeden koncept, który jakoby wyciekł dzięki Indie Revolver. Tyle, że twórcy tego serwisu poinformowali, iż ten koncept nie ma z nimi nic wspólnego, że to jakaś podróbka a ktoś się pod nich podszył. Jakiś czas temu sugerowano, że J.J. Abrams może podrzucać fałszywe tropy, ale żeby aż tak? Może to jakieś działanie fanów? Nie ważne komu się chciał, ktoś jednak przedobrzył.

Do kolejnego Celebration pozostało nam mniej niż trzy miesiące, nic dziwnego, że organizatorzy zaczynają nam powoli prezentować atrakcje, jakie przygotowali. O kilku z nich już pisaliśmy. Bez wątpienia najważniejszą atrakcją będzie premiera „Zemsty Sithów” w 3D, czy II sezonu serialu „Rebelianci” oraz spotkanie z aktorami z tego serialu, no i oczywiście Dave'em Filonim.



Jedną z najlepszych rzeczy przy pisaniu „Star Wars Costumes: The Original Trilogy” było studiowanie prac Johna Mollo. Mollo jest jednym z nielicznej grupy osób, która może dumnie oświadczyć, że pracowała bezpośrednio z George'em Lucasem przy projektowaniu oryginalnych „Gwiezdnych wojen”, co daje mu wyjątkową perspektywę postrzegania filmu i tego co stało się później.
Poza napisaniem słowa wstępnego do tej książki, Mollo był bardzo pomocny w moich poszukiwaniach. Znalazł czas na przeprowadzenie kilku międzykontynentalnych rozmów telefonicznych i grzecznie zaprosił mnie, bym go odwiedził w jego domu w Wielkiej Brytanii. Tam pokazał mi kilka swoich oryginalnych notatek ze spotkań z Georgem Lucasem i wyjaśnił swój respekt wobec kryształowej wizji postaci jaką miał reżyser. Mollo wspomina „Nową nadzieję” jako jeden z najbardziej zabawnych doświadczeń w jego pracy.
Podczas gdy wygląd kluczowych postaci „Nowej nadziei” został już ustalony przez Lucasa i twórcę konceptów Ralpha McQuarriego zanim Mollo rozpoczął pracę, to potem polegała ona na doszlifowaniu wczesnych projektów jak i stworzeniu wielu sił rebelianckich i imperialnych. Mollo pracował ręka w rękę z George'em Lucasem przy wszystkich rozwijanych kostiumach. Zaczynając od początków 1976 ta para miała cotygodniowe spotkania na których recenzowano najnowsze szkice i projekty.
– Moim modus operandi jest szkicowanie. Bawię się różnymi pomysłami – mówi Mollo.
Dowód można znaleźć studiując ilustracje projektów, gdzie każda strona posiada wiele małych szkiców w różnych kształtach, formach, stylach zawierających elementy kostiumów. – Jeśli George’owi coś się spodobało to mówił, że to lubi, i to było to – dodaje Mollo.
Podczas gdy Mollo sprawia, że proces brzmi łatwo, naprawdę potrzeba było dużego wysiłku, by stworzyć i ciągle wybierać spośród pomysłów, które ostatecznie ukształtują wizualną estetykę filmu. Stroje zostały połączone podobnym designem nie przez przypadek. Przykładem jest paleta kolorów kostiumów.
– Schemat kolorów podstawowy był taki, by źli mieli czarny lub szary, z wyjątkiem szturmowców, którzy byli biali, a dobrzy mieli ziemskie kolory, płowe i białe – mówi Mollo.
Lucas wybrał wygląd postaci tak by współgrały z innymi elementami środowiska.
– Pracowałem bardzo ciężko nad całym wymiarem kolorów filmu – wspomina Lucas. – Technologia przeciw naturze. Cały technologiczny świat osadziłem w czerni i bieli, a organiczny w kolorach brązu.
Reżyser wiedział, że kolory kostiumów powinny mieć jakieś znaczenie, nawet tylko podświadomie.
– Chciałem by Luke i Ben i inni ludzie na Tatooine byli ubrani w brąz. Kostium Luke’a nie jest biały, to bardzo jasnobrązowy kolor. Strój księżniczki jest biały, ponieważ jest ona częścią technologicznego świata. Technologia nie jest twarzą zła, może być zarówno dobra jak i zła.
Ta dyrektywa odnosiła się także do droidów.
– Zastanawialiśmy się czy C-3PO nie powinien być jedwabno-chromowy jak roboty w „THX-1138” – kontynuuje Lucas. – Lubiłem odcienie chromu, ale uznałem, że C-3PO był bardziej ludzki niż roboty, więc uznaliśmy, że należy go uczynić częścią ludzkiej palety kolorów.
– Kolor to bardzo, bardzo trudna rzecz do użycia w kostiumie – dodaje Mollo, który wybrał wszystkie tekstylia do filmu. Czuł, że wybory kolorów Lucasa były idealne dla realistycznego świata. – Jasne kolory nie działają najlepiej w filmie, w szczególności czerwień i niebieski. George zawsze myślał o estetyce.
Wspominając swoją pracę z Lucasem, Mollo wyjaśnia, że relacje między reżyserem a projektantem były bardzo treściwe.
– Jako projektant, rzeczy które chcesz robić najchętniej robisz nie pytając o nie specjalnie, czy prosząc o pozwolenie, ale to jest codzienny proces. Jesteś przywiązany do czegoś, ale nie zawsze można ten pomysł użyć. Musisz interpretować scenariusz najlepiej jak możesz – mówi.
Mollo powrócił jako projektant przy „Imperium kontratakuje” choć nie dostał Oskara za swój wkład w oryginalny film. Wciąż trzymał się jednak tych samych zasad w sequelu jak w oryginalnym filmie, poprawił też wygląd znanych już postaci, zaprojektował też stroje dla nowych miejsc jak Hoth czy Miasto w Chmurach. To był ostatni film „Star Wars” Johna Mollo. Przy „Powrocie Jedi” podjęto decyzję by produkować kostiumy (w większości nowe) w Kalifornii a nie Londynie.
W moich rozmowach z Johnem Mollo zaskoczyło mnie to jak bardzo te projekty kostiumów w filmach są świadomie zamierzone. W tej skromnej opinii autora jest jakiś bagatelizowany geniusz. Mam szczerą nadzieję, że ukazany przeze mnie opis kostiumów w „Star Wars Costumes: The Original Trilogy” ukaże zarówno genialność kostiumów jak i ich twórców.













Ostatnio w mojej głowie są głównie horrory, więc myślałem o jednym z moich ulubionych dreszczowców, „Obcy – decydujące starcie” Jamesa Camerona z 1986. Jest to naładowany akcją sequel bez wątpienia genialnego filmu Ridleya Scotta – „Obcy” z 1979 i opowiada historię Ellen Ripley i drużyny kolonialnych marines, którzy badają LV-426 i zagrożenie ze strony obcych tamże.
Łatwo jest zauważyć w „Ataku klonów” wpływ stworów i projektów z „Obcych” który odbija się echem Geonosjananach, podobnie jak i tunelach pełnych śpiących i ruszających się istot, ale ta inspiracja rozrasta się niemożebnie, gdy spojrzymy na kilka odcinków „Wojen klonów”. Pierwszym ważnym krokiem z pewnością będzie siódmy i ósmy odcinek z drugiego sezony „Legacy of Terror” i „Brain Invaders”.
W Legacy of Terror Anakin i Obi-Wan wchodzą do geonosjańskich katakumb szukając legendarnej Królowej Geonosjan. Im głębiej prowadzą szturmowców klony w tunele, tym bardziej odcinek przypomina coraz bardziej przepełnione akcją sekwencje z filmu „Obcy – decydujące starcie”, gdzie klony wchodzą w rolę kolonialnych marines. Gdy już w końcu znajdują Królową Geonosjan, wygląda ona bardzo podobnie jak królowa obcych z którą Ripley walczy pod koniec filmu. Oryginalna kukiełka była arcydziełem kina zbudowanym przez studia Stana Winstona, a film dostał nagrodę Akademii za efekty wizualne.
W następnym odcinku, Brain Invaders, Ashoka podróżuje z Barissą Offee by dostarczyć zapasy medyczne, gdy potomstwo Geonosjańskiej Królowej wpływa na jej załogę. Jest uwięziona na okręcie gwiezdnym, walczy o życie, a każdy członek jej załogi, w tym towarzysząca jej padawanka Barrisa Offee ulegają złu na okręcie. Ostatecznie, zupełnie jak Ellen Ripley w pierwszym „Obcym”, Ahsoka musi walczyć sama by pokonać zagrożenie, które ją uwięziło.
Prawdopodobnie mój ulubiony hołd do „Obych – decydujące starcie” z „Wojen klonów” pochodzi jednak z odcinka piątego sezonu – Eminance. Odcinek zaczyna się niemal w ten sam sposób co „Obcy – decydujące starcie”. W obu przypadkach okręt protagonisty dryfuje w kosmosie, dopóki ktoś nie otworzy drzwi i nie odkryje ocalałych. W obu przypadkach migotliwy, niebieski pył pokrywa wszystko, a pasażerowie śpią. Wizualnie, początek „Obcych – decydujące starcie” oraz „Eminence” pasują wspaniale i sprawiają, że „Wojny klonów” to jeden z moich ulubionych seriali wszechczasów.
Dodatkowo ważne jest, że filmy o Obcym może nie byłby tym czym są dziś, gdyby nie „Gwiezdne Wojny”. Ridley Scott powiedział w dokumencie „The Force is With Them: The Legacy of Star Wars”:
- [„Gwiezdne Wojny”] wpłynęły na mnie, gdy tworzyłem „Obcego”. Uznałem, że lepiej pchnąć to jeszcze dalej, tworząc [estetyczne] uczucie bardziej przypominające prowadzenie ciężarówki. To spowodowało, że zmieniłem zdanie o 180 stopni z tego co uznałem wcześniej za ciekawe i warte zrobienia w moim następnym filmie, którym był „Obcy” [po zobaczeniu „Gwiezdnych Wojen”].
I gdy estetyka „Gwiezdnych Wojen” zainspirowała Ridleya Scotta by uczynić świat Obcego niczym kierowanie ciężarówką, zainspirowało to także Jamesa Camerona by porzucić dokładnie tę profesję. Cameron wspomina w tym samym dokumencie.
- Byłem naprawdę napełniony energią dzięki „Gwiezdnym Wojnom”, no i rzuciłem moją posadę kierowcy ciężarówki i powiedziałem, ze jeśli chcę to robić, to powinienem zacząć. To mi dało wielkiego kopa i stałem się filmowcem.
Trudno sobie wyobrazić dziś wygląd współczesnego kina, gdyby Ridley Scott nie zrobił „Obcego”, a James Cameron nie wszedł w ogóle w przemysł filmowy. Dzięki „Gwiezdnym Wojnom”, dostaliśmy nowy wspaniały świat wspaniałych filmów.
Dla tych, którzy są zainteresowani obejrzeć „Obcego” i „Obcy – Decydujące starcie” warto pamiętać, że to filmy z kategorii R, ze względu na przemoc i język. Ale i tak oba oglądałem ze swoim dziećmi, choć było to miejscami przerażające, to jednak bez wątpienia wspaniałe przeżycie.

To historia, którą już opowiadałem I myślę, że teraz się powtarzam. To opowieść o mnie i moim najbliższym przyjacielu, zmarłym Brianie Daleyu; działa się w maju 1977 w małym kinopleksie w północnym New Jersey.
Premierowo film zwany „Gwiezdne wojny” grano dla publiczności składającej się z gdzieś 30 osób. To już nigdy się nie powtórzy. Gdyby jakiś podróżnik w czasie ze smartfonem był tam, może zrobiłby film ukazujący Briana i mnie, z oczami i ustami szeroko otwartymi, zadziwionych tym, co widzieliśmy na ekranie. Dźwięk może uchwyciłby elementy niespodzianek, rozkoszy i uśmiechów. Nasze zanurzenie było tak głębokie, że nie sądzę byśmy wymienili więcej niż dwa słowa ze sobą. Ale gdy film się skończył, właściwie nie rozmawialiśmy prawie o niczym innym przez cały kolejny miesiąc, właściwie przez dwie kolejne dekady, ale to już inna historia. Żaden z nas nie latał z jednej strony galaktyki na drugą jak Han Solo, ale obaj dzieliliśmy przygody, jednak nigdy wcześniej nie doświadczyliśmy czegoś takiego jak „Gwiezdne Wojny”. To było jakby George Lucas zebrał wszystkie najlepsze baśnie, komiksy i filmy popularne na których dorastaliśmy i stworzył fantastykę w taki sposób, że była… prawie prawdziwa. Panienka w opałach, obcy ze święcącymi oczyma, odważne droidy, rycerze dzierżący miecze i Darth Vader, ledwo mogliśmy podziwiać kształt imperialnego niszczyciela, gdy ta ciemna forma wyłoniła się na ekranie.
Był tam też Tarkin – wówczas gubernator Tarkin – dowódca Gwiazdy Śmierci. Zimny jak lód, złowieszczo kalkulujący, szybko odpowiadający na zaczepki dzielnej księżniczki. Brian i ja zastanawialiśmy się kim był ten koleś, który tak zwyczajnie rozkazał zniszczenie planety w jednym momencie a następnie zwracał się do Vadera, jak do szczerego przyjaciela. Z pewnością Tarkin nie był jednym z tych rycerzy Jedi o których wspominał stary, szalony Ben, ale może choć walczył w tych tak zwanych wojnach klonów. Może nawet zwracał się po imieniu do samego Imperatora!
Jak dziwne było, gdy okazało się, że zastanawiam się nad tymi samymi pytaniami 35 lat później, a nigdy wcześniej nie rozmyślałem nad nimi tak głęboko jak ostatniego lata, gdy Lucasfilm poprosił mnie o napisanie powieści koncentrującej się na Tarkinie. Wspominałem o nim w kilku poprzednich powieściach, nawet pojawił się w kilku scenach na jego domowej planecie Eriadu. Telewizyjne „Wojny klonów” potwierdziły to, że walczył podczas galaktycznego kryzysu, a inne powieści uchwyciły Tarkina w latach przed „Nową nadzieją”. Ale moim zadaniem było ukazać jak Tarkin stał się człowiekiem, którego spotkaliśmy na Gwieździe Śmierci, no i jak dowiedział się tak dużo o swoim szczerym przyjacielu, Darthie Vaderze. I o tym właśnie jest ta nowa powieść. Cóż o tym i jeszcze o jednym interesującym szczególe, że faktycznie Tarkin i Imperator są po imieniu. Mam nadzieję, że zaciągniecie się na pokład tej przygody.


