Industrial Light & Magic otworzyło niedawno nowe powiększone studio efektów specjalnych w kandadyjskim Vancouver, które posłuży dla produkcji epizodu VII Gwiezdnych Wojen. Nowoczesne studio efektów specjalnych, o powierzchni około 3000 metrów kwadratowych, zostało otwarte na Water Street, w dzielnicy Gastown. Latem tego roku pracę w nowym studiu znajdzie ponad 200 artystów. Kanadyjski oddział ILM zajmie się takimi projektami jak Transformers 4, czy Warcraft. ILM Vancouver zajmie się też 1/3 produkcji epizodu VII Gwiezdnych Wojen.
Otwarcie oddziału ILM zostało ciepło przyjęte przez lokalne władze Vancouver, po tym jak w zeszłym roku został zamknięty oddział Pixar Canada. Vancouver pozostaje przyjaznym miejcem dla środowiska filmowego,dzięki wspólnej strefie czasowej z Los Angeles, oraz specjalnym ulgom podatkowym oferowanym zagranicznym producentom.
ILM Vancouver to kolejny nowy oddział Industrial Light & Magic na świecie, po otwarciu swoich jednostek w Londynie i Singapurze. Wszystkie oddziały ILM mają w jakimś stopniu pracować nad nowymi Gwiezdnymi Wojnami.
KOMENTARZE (4)
Co prawda jeszcze nie jest to oficjalny news, który znalazł się na StarWars.Com, ale do publicznej wiadomości podano, że firmy The Walt Disney Studios (część The Walt Disney Company) i IMAX Corporation podpisały w dniu 20 marca 2014 w Los Angeles umowę na dystrybucję kilku filmów w kinach IMAX. Na liście filmów znajdują się między innymi produkcje Marvela, Disneya, ale także „Gwiezdne Wojny Część VII” (premiera w grudniu 2015). Umowa jest rozwinięciem obecnej współpracy i prawdopodobnie na tym się nie skończy.
Druga potwierdzona informacja, to fakt, że nowe studio ILM otwarte niedawno w Vancouver będzie się zajmowało efektami specjalnymi do Epizodu VII. Studio zostało oficjalnie otwarte 17 marca 2014. Warto przypomnieć, że oprócz Vancouver ILM także planuje otworzyć studio w Londynie. Firma szykuje się na 8-10 lat intensywnej pracy przy nowych „Gwiezdnych Wojnach” i szacuje się, że to właśnie w Kanadzie powstanie spora część efektów specjalnych. Oczywiście i ta filia ILM nie będzie się ograniczać tylko do projektów Lucasfilmu.
Teraz przechodzimy już do plotek. Pierwsza to dość intrygująca historia niejakiego Steve’a Evansa, pracownika Hasbro, który pojechał do Londynu spotkać się J.J. Abramsem, Kathleen Kennedy i Lawrencem Kasdanem, zobaczyć plan nowego filmu i przede wszystkim przygotować swoją firmę na nowe filmy. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że Evans zaczął twittować. Pary nie sypnął, bo jak sam pisał, za bardzo ceni swoją pracę, wysłał w sieć kilka nic nie wnoszących informacji w stylu „Spotkałem Abramsa”, ale w końcu ta zabawa mu się znudziła i napisał „Spotkałem kogoś w kibelku na planie EpVII. Plotki o castingu się przelewają”. No i mu się dostało. Nie napisał nic konkretnego, ale bardzo szybko wszystkie wpisy zniknęły z jego konta. Przypomina to sytuację z Adamem Driverem i kontem firmowym Kathleen Kennedy.
Swoją drogą ta informacja sprawiła, że obudził się znany (i skompromitowany, obiecał, że w grudniu poznamy nazwisko reżysera pierwszego spin-offa) Jedi Master SQL. Tym razem nie wchodził w szczegóły, raczej podchodził analitycznie do sprawy, sugerując, że coś wie. A podobno wie, że na planie w Londynie pojawiają się nie tylko przedstawiciele Hasbro, ale także przedstawiciele innych licencjonobiorców i dziennikarze. Ci drudzy jakoby przygotowują materiały, wywiady i zdjęcia, które wykorzystają później, bliżej początku kręcenia filmu, kiedy Lucasfilm (i Disney) ogłoszą kilka rzeczy. Prawdę mówiąc tym razem Jedi Master SQL może mieć rację, ale właściwie do podobnych wniosków można dojść bez dojścia do planu.
Kolejna ciekawostka to bardziej spekulacja. Niektóre serwisy sugerują, że wraz z nastaniem czasów Disneya, zmienią się pewne rzeczy w filmach „Star Wars”. Być może jedną ze zmian będzie coś w napisach lub po napisach końcowych. Zapowiedź (może w stylu Marvela) lub jeszcze coś. Konkretów nie zdradzono, ale spekulować sobie można. Dotychczas najwięcej ciekawostek w napisach było w „Mrocznym widmie”, gdzie Jabba grał sam siebie, a pod sam koniec usłyszeliśmy oddech Vadera.
Inna ciekawostka pochodzi z Islandii. Podobno ekipa Abramsa przyjedzie tam w kwietniu by porobić trochę zdjęć do filmu. Bez aktorów, jedynie materiał, który można wykorzystać potem w postprodukcji. Podobnie Lucas kręcił zdjęcia z prawdziwymi lokacjami w „Zemście Sithów”. Niewykluczone jednak, że potem twórcy Ep7 wrócą tam, by dograć jeszcze sceny z aktorami. Miejscem, którym interesują się filmowy jest podobno lodowiec Langjökull.
W sieci dalej można wyczytać informacje o możliwym obsadzeniu głównych ról (wielkiej trójki) innymi aktorami, ale ostatnie oficjalne ogłoszenia raczej temu przeczą. Być może dalej to jest kwestia poszukiwania aktorów do parków Disneya, która zlewa się z newsami o Ep7.
Według MTV nowa trylogia skoncentruje się na trójce nowych bohaterów. Podobno role już są prawie obsadzone, a mieliby je dostać Jesse Plemons, Saoirse Ronan oraz Lupita Nyong'o. Informacja o tym, że filmy skupią się na trójce nowych bohaterów pochodzą podobno od Boba Ingera i powołują się na nie także inne źródła.
Ostatnia informacja, prawdopodobnie jest już w ogóle nie wiadomo czyim wymysłem. Według niej postacią centralną, która niejako wprowadzi wielką trójkę na ekran będzie filmowy odpowiednik Mary Jade.
KOMENTARZE (8)
Studio efektów specjalnych Industrial Light And Magic planuje otworzyć nowy oddział w Londynie. Lynwen Brennan, szefowa ILM, zapowiada, że oddział londyński będzie mógł służyć jako osobne studio efektów specjalnych, "będziemy mieli dział projektów, prewizualizacji, pełen oddział efektów wizualnych i komputerowej grafiki". ILM jest gotowa otworzyć swój oddział na początku kwietnia tego roku, w Londynie, w okolicach Soho, gdzie już znajdują się inne studia efektów specjalnych. Plan zakłada zatrudnienie około 200 pracowników. Pośpiech jest potrzebny, ponieważ pierwszym projektem londyńskiego oddziału ILM będzie film "Avengers: Age of Ultron", którego premiera za rok.
Pojawił się też pomysł, żeby podzielić brytyjskie siły ILM pomiędzy Londyn i Pinewood, gdzie będą kręcone nowe Gwiezdne Wojny. Jak zapowidaa Brennan: "na pewno będziemy tam mieli studio projektów i prewizualizacji, ale nie planujemy dużej obecności ILM w Pinewood". Roger Guyett, który dostał swoją trzecią nominację do Oscara za "W Ciemność Star Trek", będzie głównym nadzorcą efektów specjalnych w Epizodzie VII. Dla tego filmu plan przewiduje jednak korzystanie ze wszystkich sił ILM, nie tylko brytyjskich, ale też ILM w San Francisco, Singapurze, Vancouver, jak i strategicznego partnera Base FX w Pekinie.
Rozwój oznacza, że ILM nadal będzie pracować nie tylko dla Gwiezdnych Wojen, projektów Disneya, czy studia Marvela, ale dla wszystkich studiów filmowych. Oprócz Epizodu VII i sequela Avengers, w planach ILM jest praca między innymi nad następującymi filmami: Jurassic World, Transformers: Age of Extinction, Teenage Mutant Ninja Turtles, Tomorrowland, Warcraft, Lucy Luc Bessona i Unbroken Angeliny Jolie. Obecnie ILM kończy prace nad filmami Noah i Captain America: The Winter Soldier.
KOMENTARZE (1)
Dziś w Singapurze, emerytowany założyciel Lucasfilm, George Lucas, oraz obecna szefowa Lucasfilm, Kathleen Kennedy, otworzyli wspólnie zupełnie nowy budynek oddziału Lucasfilm Singapore. O inwestycji pisaliśmy już przed laty, jeszcze sprzed transakcji z Disneyem, na temat budynku, który pod pewnym kątem zadziwiająco mocno przypomina piaskoczołg Jawów. Przy ceremonii obecny był też premier Lee Hsien Loong, wszyscy przemawiający wspólnie mieli nadzieję wzmacniać biznes mediów cyfrowych w Singapurze.
W biurowcach pracą znaleźli i znajdą animatorzy i filmowcy pracujący przy efektach specjalnych Industrial Light & Magic, oraz animacjach Lucasfilm Animation. Według spekulatorów w Singapurze trwają już początkowe prace nad kontynuacjami takich filmów jak "Avengers", "Jurassic Park", "Hitman" czy "Transformers". Notka prasowa Singapore Press Holdings mówi też po raz kolejny o, niezatytułowanym jeszcze, pełnometrażowym filmie animowanym Lucasfilm, oraz filmach będących częścią parku rozrywki. Pod dachem piaskoczołgu znalazło się też miejsce dla azjatyckiego oddziału The Walt Disney Company (Southeast Asia). Ulokowany w dzielnicy Fusionopolis, szklany kolos ma siedem pięter i 100-osobową salę kinową.
"The Clone Wars" wygrało już Emmy i nagrodę Behind the Voice Actors, ale na Annie czeka od początku swojego istnienia. Ostatnio ogłoszono nominacje do czterdziestej pierwszej edycji konkursu. O statuetkę powalczą tym razem Keith Kellog w kategorii "Animacja postaci w animowanym serialu telewizyjnym" oraz Jason Tucker w kategorii "Najlepszy montaż w produkcji telewizyjnej". Obaj panowie dostali nominację w zeszłym roku, a Tucker jeszcze dwa lata temu. Serial powalczy między innymi z produkcjami Disneya, Pixara i Nickelodeonu, a pełną listę nominacji możecie zobaczyć tutaj.
Warto jeszcze wspomnieć, że szansę na statuetkę ma również związany z gwiezdno-wojennymi filmami LEGO Michael Price za scenariusze do "Zwyczajnego serialu" i "Simpsonów". Ekipa z Idustrial Light and Magic również została doceniona i nominacji ma aż cztery: trzy w kategorii "Najlepsze efekty specjalne w filmie aktorskim" dla dwóch różnych grup pracujących nad "Star Trek: W ciemność" oraz za "Pacific Rim". Czwartą nagrodę mogą dostać za animację postaci w "Pacific Rim". Za wszystkie osoby związane z "Gwiezdnymi Wojnami" trzymamy kciuki. Ogłoszenie zwycięzców nastąpi w lutym.
KOMENTARZE (2)
J.W. Rinzler znów dzieli się kilkoma swoimi spostrzeżeniami o starszych wersjach scenariuszy do klasycznej trylogii. Tym razem pretekstem jest premiera jego najnowszego albumu poświęconego „Powrotowi Jedi”.
Nie ma jak upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: Joe Johnston narysował ten szkic konceptu do jednej z wczesnych wersji „Revenge of the Jedi”. Ale jednocześnie ilustruje coś z jednej z pierwszych, roboczych wersji „Gwiezdnych wojen”, którą George napisał jeszcze w 1974. W scenariuszu „Zemsty”, księżniczka Leia miała kilka przepychanek z jakimiś niejasno opisanymi „Imperialnymi naganiaczami”, którzy dodatkowo powodują problemy z Ewokami i Yussemem. Mając tę wiedzę, Johnston dodał ochraniacz przedramienia i maskę na głowę, jest też możliwe, że już wtedy George Lucas wymyślił, że Imperialni będą siedzieć na rakietowych rowerach (później znanych jako grawicykle). Mieli też „T-Bomby” oraz wisiorki z zębów (Ewoków? Yussemów?).
W oryginalnym scenariuszu z 1974, który teraz pojawia się w formie komiksowej jako „The Star Wars”, „naganiacze” to paskudni obcy, którzy żyją na wolnej od Ewoków planecie znanej jako Yavin. Nie chcę pisać o spustoszeniu jakie powodują, ale to nie jest ładne.
Więc w skrócie, to kolejny przykład tego, że Lucas miał jakiś pomysł, potem do niego wrócił, a potem, w tym przypadku, ostatecznie go porzucił. Ale kto wie, czy naganiacze nie pojawią się gdzieś kiedyś w przyszłości. Wszystko jest możliwe, a ja kocham ten szkic. Prawdę mówiąc wspaniale wyszło, że jednego dnia na jakiejś imprezie VES (Visual Effects Society – przyp. red.), w końcu poznałem osobiście Joe Johnstona po tych wszystkich książkach, jakie o nim napisałem. Przyjechał specjalnie z Los Angeles na tę imprezę, a my wszyscy zarówno publiczność, jak i paneliści, byliśmy mu bardzo wdzięczni i zadowoleni, że możemy usłyszeć co ma do powiedzenia o „Jedi”, wspominając z Philem Tippettem, Dennisem Murenem czy Lornem Petersonem dawne czasy w ILM. To była wyjątkowa okazja.
W każdym razie, dziś ukazał się „The Making of Return of the Jedi”, a następnego dnia „The Star Wars #2”. Potrzebuję długiej drzemki. Lecz zamiast tego lecę do Londynu. Potem do Nowego Jorku. Mam nadzieję, że będę mógł spać w samolotach, ale jakoś nigdy nie mogę zasnąć w tych fruwaczach z ich zdumiewającym brakiem miejsca na nogi! (I odmawiam wzięcia pigułek; wolę zamiast tego przeczytać książkę o Mary Tyler Moore Show – wspaniale napisana – niech żyje James L. Brooks i spółka!)
To jest to i tak dalej...
Wpis ten pochodzi sprzed paru tygodni, więc pozycje o których wspominał Rinzler są już dostępne na rynku.
KOMENTARZE (0)
Wygląda na to, że we wrześniu już nie doczekamy się oficjalnych newsów na temat nowych filmów. Podobno coś ma ruszyć się w październiku, kiedy powinni zacząć zdradzać obsadę. Tak przynajmniej twierdzą, lub łudzą się niektóre media. Dla przypomnienia przy „Zemście Sithów” (ale tam casting był minimalny), w maju 2003 ogłoszono listę twórców (montażyści, zdjęcia, scenografia, choreografia itp.), a w czerwcu aktorów drugoplanowych. Tych pierwszoplanowych nie zmieniano, więc nie było potrzeby ich ogłaszać specjalnie. No i warto pamiętać, że w czerwcu też rozpoczęły się zdjęcia. Termin październikowy ewentualnych ogłoszeń aktorskich do nowej trylogii ma jeszcze jedną zaletę. Minie dokładnie rok, odkąd usłyszeliśmy o nowych filmach, może w końcu podaliby większe konkrety.
Tymczasem wracamy do plotek. Szef IMAXa, Richard Gelfond na niedawnej konferencji dla inwestorów w Goldman Sachs, zachęcał ich do kupna akcji IMAXa mówiąc, że rozmawiają z J.J. Abramsem nakręcić cześć scen do nowych „Gwiezdnych Wojen” za pomocą kamer IMAX. Patrząc na to, co to za konferencja była, należy przypuszczać, że te rozmowy są prowadzone poważnie i przynajmniej dojdzie do testów technologicznych. Jeśli wszystko się powiedzie, „Gwiezdne Wojny” trafią pewnie do IMAXów, znają życie to w 3D. Cóż pozostaje czekać na oficjalne informacje.
Pojawiły się plotki, że David Oyelowo, dostał rolę w Epizodzie VII, ale także w „Rebels”. Co ciekawe zarówno postać filmowa jak i serialowa, mają być ze sobą powiązane (możliwe, że to będzie jedna i ta sama postać), co ma sprawić, że „Rebels” stanie się swoistą zapowiedzią nowej trylogii. Pisaliśmy o tym przy okazji nowych aktorów w „Rebels”.
Według innych niesprawdzonych doniesień, Tommy Harper miałby zostać producentem wykonawczym nowych filmów. Wcześniej pracował w Bad Robot, między innymi jako asystent J.J. Abramsa.
Media także zastanawiają się, czy w filmie pojawią się przebłyski, od których J.J. Abrams jest „uzależniony”. Sam reżyser przyznał, że kazał ILM usunąć część z nich z najnowszego „Star Treka” i wie jak one są odbierane. Ciekawe ile usunie w przypadku „Gwiezdnych Wojen”?
Ciekawa rzecz się dzieje z Chewbaccą. Otóż zaczęto szukać kogoś do filmu, kto miałby wzrost mniej więcej od 213 cm do 225 cm. Wygląda jakby szukali wookieego. Czyżby zamierzali kogoś innego obsadzić w roli Chewbaccy? Natychmiast zareagował Peter Mayhew, który przyznał, że jednak chciałby się wcielić w rolę, o ile oczywiście zdrowie pozwoli. Ponoć rehabilitacja idzie dość szybko. Tymczasem pojawiła się inna plotka, na jednym z konwentów pojawił się grający w „Grze o tron” Ogara Rory McCann. Aktor ma 1,98 cm. Zapytano go o tę rolę, ale ten tylko tajemniczo się uśmiechnął. Oczywiście może to być tylko i wyłącznie błędne odczytanie jego intencji, ale wspomnieć warto.
Na koniec wracamy do sprawy Nowego Meksyku. Otóż wszystko wskazuje na to, że „Gwiezdnych Wojen” tam nie będzie, ba nawet nie był brany pod uwagę jako miejsce ewentualnych lokacji. Czyli po raz kolejny Latino Review się „pomyliło”.
KOMENTARZE (11)
Tym razem ciekawostka dla ludzi czytających napisy do „Zemsty Sithów”.
P: Oglądając napisy końcowe do Epizodu III jak i I zauważyłem imię Javva the Hutt (Hutt Javva). Kiedy oglądałem film nie widziałem, żadnego Hutta, więc kim on jest i dlaczego jego imię pojawia się w napisach?
O: Jeśli dobrze się przyjrzysz, to zauważysz, że Javva pojawia się w napisach wszystkich prequeli. Javva the Hutt to nazwa kawiarenki umiejscowionej w Industrial Light & Magic. Zasługuje na specjalne miejsce w napisach, ponieważ nieustannie zasila energią artystów pracujących w ILM, podczas gdy tworzyli setki tysięcy efektów wizualnych dla tych trzech filmów.
K: Swoją drogą w napisach końcowych można znaleźć kilka innych ciekawostek. Choćby w „Mrocznym widmie” informację o tym, kto grał Jabbę Hutta.
Znów zaczynamy od raczej smutnej informacji, niebezpośrednio związanej z sagą. Zmarł Ray Harryhausen, twórca efektów specjalnych do takich filmów jak „Zaginiony świat” (1925), czy „King Kong” (1933) i wielu innych. Harryhausen nie pracował bezpośrednio przy „Gwiezdnych Wojnach” ale wymyślił bardzo wiele sztuczek, które wykorzystano bądź rozbudowano w późniejszych produkcjach, nie wyłączając z tego sagi.
Disney tymczasem zakończył robienie porządków w Industrial Light and Magic. John Knoll został szefem kreatywnym tej firmy, stając się właściwie drugą osobą po jej pani prezes Lynwen Brennan.
O przyszłości Hollywoodu wypowiadają się George Lucas i jego przyjaciel Steven Spielberg. Zdaniem Lucasa obecnie wytwórnie zaczynają za bardzo ścigać się w tworzeniu blockbusterów i niebawem zapomną jak robi się cokolwiek innego. Spielberg dodaje, że studia niestety skupiają się na produkcjach za 250 milionów dolarów, zamiast zrobić kilka tańszych filmów. Obaj sugerują, że choć na razie się to sprawdza i filmy te ściągają miliony, to w końcu trend się załamie. By daleko nie szukać, warto wspomnieć choćby o zeszłorocznym „Johnie Carterze”, który uchodzi za jedną z największych porażek finansowych Disneya. George twierdzi, że w przyszłości będziemy mieć mniej kin, że filmy będą powstawać głównie na potrzeby domowej dystrybucji (internet, ew. coś co zastąpi DVD/Blu-ray), natomiast kina staną się czymś bardziej ekskluzywnym, przypominającym obecnie zawody sportowe, czy teatr. Bilety zdaniem Lucasa będą kosztować od 50 do 150 USD, ale za to filmy będą grane tam dużo dłużej, zupełnie jak sztuki na Broadwayu.
Teraz już przechodzimy do newsów. Jak dobrze pamiętamy, Steven Spielberg wstrzymał prace nad „Robocalypse”, ale za to znalazł już nowy projekt, który prawdopodobnie trafi teraz na tapetę. Będzie to „American Sniper”. Główną rolę zagra Bradley Cooper, produkcją zajmie się Warner Bros, scenariusz zaś napiszą Scott McEwen i Jim DeFelice na podstawie książki Chrisa Kyle’a. Kyle był członkiem oddział SEAL i służył w Iraku jako snajper, słynący z największej ilości wyeliminowanych wrogów. Irakijczycy nazywali go Al-Shaitan (szatan). Książka i scenariusz to nie tylko zabójstwa, ale też wspomnienia Chrisa o tym jaki wpływ wojna miała na niego samego i jego bliskich.
Co potem będzie robił Spielberg, na razie nie wiadomo. Znalazł już inną książkę – „Thank You For your Service” Davida Finkela do której prawa zakupiło już DreamWorks. Scenariusz prawdopodobnie napisze Jason Dean Hall, w projekt ma być zaangażowany Daniel Day-Lewis. Nie wiadomo jednak czy Steven stanie za kamerą, czy jedynie wyprodukuje ten film. Swoją drogą historia będzie dość podobna do „American Sniper”, bo opowiada o życiowych zmaganiach amerykańskich żołnierzy wracających z Afganistanu i Iraku.
Za to oficjalnie poinformowano, że „Jurassic Park 4”, produkowany przez Spielberga, nie ukaże się w 2014. Nie podano nowej daty premiery, coś przebąkiwano o 2015, ale stwierdzono jedynie, że na przygotowanie filmu potrzeba więcej czasu. Reżyseruje Colin Trevorrow, a jedyne co wiemy na pewno to fakt, że bohaterowie wrócą na wyspę Nublar.
J.J. Abrams roboty ma mnóstwo, ale wciąż szuka nowych scenariuszy, w tej materii ewidentnie idzie śladami Spielberga. Tym razem Jeffrey Jacob i jego studio Bad Robot (czyli pewnie dodatkowo też Bryan Burk) kupili prawa do scenariusza „The Stops Along the Way” napisanego przez Roda Serlinga. Ciekawostką jest fakt, że scenariusz ten był jednym z ostatnich dzieł Serlinga, który zmarł 38 lat temu. Sam autor twierdził, że to wyjątkowy tekst. Wszystko wskazuje na to, że dzieło to zostanie przerobione na limitowany serial we współpracy z Warner Bros.
Natomiast wiele wskazuje na to, że J.J. Abrams może nie wrócić na fotel reżysera „Star Treka” i to nie tylko ze względu na „Gwiezdne Wojny”. „W ciemność. Star Trek” choć zarobił już w Stanach ponad 200 milionów USD (kosztował 190 milionów, poza USA też już niedługo przekroczy 200 milionów przychodu) miał otwarcie niższe niż spodziewali się decydenci. Na razie nie podjęto decyzji o sequelu, ale już pojawia się giełda nazwisk. Wśród nich jest Joe Cornish, scenarzysta „Przygód Tin Tina”. Twórcy zaś mówią otwarcie o tym, że trzeci film mógłby skoncentrować się na konflikcie z Klingonami.
Jedną z gwiazd nowego „Star Treka” jest Benedict Cumberbatch, który zagra główną rolę w filmie „The Imitation Game”. Partnerować mu będzie Keira Knightley, świeżo upieczona mężatka. Reżyseruje Morten Tyldum, scenariusz napisze Graham Moore na podstawie książki „Alan Turning: The Enigma” autorstwa Andrew Hodgesa. Film będzie opowiadał o życiu wybitnego angielskiego matematyka i kryptologa Alana Turninga, który był homoseksualistą. Poddawano go różnym terapiom, ale ostatecznie w 1954 naukowiec odebrał sobie życie.
Keira lubi jednak różny repertuar i poza poważniejszym filmem negocjuje też rolę do czegoś lżejszego – czarnej komedii „Laggies”. Będzie to opowieść o młodej kobiecie, która otrzymawszy propozycję małżeństwa udaje, że wyjeżdża w podróż biznesową, a naprawdę spędza czas ze swoją siostrą. Reżyseruje Lynn Shelton, występują Sam Rockwell i Chloe Moretz. Knightley zastąpiłaby Anne Hathaway, która zrezygnowała z projektu ze względu na występ w „Interstellar” Christophera Nolana.
Wciąż dobrą passę ma Joel Edgerton. Ma zagrać w „The Double Hour”, będącego remakiem włoskiej „Podwójnej godziny” z 2009. Film reżyseruje Joshua Marston, a wujkowi Owenowi partnerować ma Michelle Williams. Oryginał opowiadał o pokojówce i policjancie, którzy spotykają się na zaaranżowanych spotkaniach dla samotnych i coś między nimi zaiskrzyło. Organizują wspólny wyjazd, ale romantyzm szybko się kończy, gdy muszą walczyć z bandytami.
Po „Wielkim Gatsbym” Edgerton dalej trzyma rękę na pulsie jeśli chodzi o poważniejszy repertuar. Wystąpi w „Black Mass”, biografii słynnego przestępcy Whiteya Bulgera (w tej roli Johnny Depp). Edgerton zagrałby agenta FBI, Johna Connolly’ego, który w dzieciństwie przyjaźnił się z Bulgerem. Reżyseruje Barry Levinson, scenariusz napisał Mark Mallouk na podstawie książki „Black Mass: The True Story of Unholy Alliance Between the FBI and the Irish Mob” Dicka Lehra i Geralda O’Neilla. Biografia Bulgera była luźną inspiracją “Infiltracji” z Jackiem Nicholsonem.
Skoro już przy Edgertonie jesteśmy, to jest jeszcze jeden film z jego udziałem, o którym pisaliśmy już parę razy. „Jane Got a Gun”, czyli western z którego zrejterowała reżyserka i część obsady. Otóż jest nowy odtwórca czarnego charakteru a jest nim... Ewan McGregor. Dodatkowo przypominamy, że główną rolę gra Natalie Portman. Reżyseruje Gavin O’Connor, może teraz to w końcu powstanie.
Tymczasem Natalie Portman zagra rolę Lady Makbet w nowej wersji „Makbeta”. Partnerować jej będzie Michael Fassbender (dał dyla z „Jane Got a Gun”), reżyseruje Justin Kurzel. W dodatku w tej wersji mają być zachowane oryginalne dialogi Williama Szekspira, szykuje się dość mocno klasyczna ekranizacja.
Liam Neeson prawdopodobnie nie wróci już na Olimp. Poinformował o tym niedawno Sam Worthington, który przyznał wprost, że nie ma co liczyć na powstanie trzeciej części „Starcia tytanów”. Filmy miały złe recenzje, a w dodatku słabo się zwróciły. Studio nie jest zainteresowane kontynuacją.
Samuel L. Jackson natomiast wystąpi w filmie „Barely Lethal”, który opowie historię nastoletniej płatnej zabójczyni, cieszącej się międzynarodową renomą. Szesnastolatce jednak nudzi się takie życie, pozoruje własną śmierć i zapisuje się do zwykłej szkoły. W głównej roli zagra Hailee Steinfeld („Prawdziwe męstwo”). SLJ zagra jej mentora. Co ciekawe reżyserem ma być Kyle Newman, znany fan „Gwiezdnych Wojen” i twórca „Fanboys”.
Rick McCallum, zaczyna wracać do życia po odejściu z Lucasfilmu. Niedawno zakupił prawa do przeniesienia na duży ekran krótkometrażowego SF „R’ha”. Oryginalny „R’ha” stał się w tym roku przebojem Internetu. Reżyserią zajmie się autor oryginału – Kaleb Lechowski. Oryginał można obejrzeć choćby na YouTubie:
„Blade Runner 2” cały czas jest w przygotowaniu. Michael Green prowadzi rozmowy w sprawie rozwinięcia i poprawienia scenariusza pierwotnie napisanego przez Hamptona Fanchera. Wciąż jednak nie jest jasne, czy Harrison Ford powróci w roli Ricka Deckarda. Reżyseruje Ridley Scott, przewidywana data premiery to 2014.
Za to mamy wysyp zwiastunów związanych z Fordem. Chodzi o filmy „Paranoja” oraz „Gra Endera”.
„Paranoia” pojawi się w naszych kinach pod koniec sierpnia, „Gra Endera” zaś w listopadzie.
Na koniec jeszcze mała ciekawostka. Al Pacino wypowiedział się niedawno o sadze, ale o dziwo nic nie wspominał o graniu w Epizodzie VII. Raczej wspominał Epizod IV, otóż podobno oferowano mu rolę Hana Solo, ale ostatecznie jej nie wziął. I to nie dlatego, że była ona radykalnie inna od wizerunku, który sobie wypracował choćby „Ojcem chrzestnym”. Stwierdził niedawno:
- Miałem wziąć tę rolę, ale nie zrozumiałem scenariusza.
Cóż Harrison Ford powinien się jedynie cieszyć.
KOMENTARZE (5)
W końcu mamy jakąś oficjalną informację na temat nowych epizodów i spin-offów. Szkicami koncepcyjnymi, kreowaniem wizualnym światów i postaci zajmą się Doug Chiang i Iain McCaig, którzy pokierują zespołami projektowymi. Obaj dołączą do ekipy prezes Lucasfilmu Kathleen Kennedy zajmującej się przyszłością Gwiezdnej Sagi na wielkim ekranie, w której skład wchodzą już J.J. Abrams, Michael Arndt, Lawrence Kasdan, Simon Kinberg, Bryan Burk oraz w mniejszym stopniu George Lucas. Chiang i McCaig nie są bynajmniej ludźmi z łapanki, mają olbrzymie doświadczenie, a przede wszystkim obaj nadali wizualny kształt prequelom.
Zanim Doug Chiang został szefem zespołu projektowego Epizodu I, pracował wcześniej jako dyrektor kreatywny w ILM, współtworzył też efekty specjalne. Za swoją pracę był niejednokrotnie nagradzany, dostał między innymi Oskara za wizualną stronę filmu „Ze śmiercią jej do twarzy”. Pracował między innymi przy filmach „Ekspres polarny”, „Beowulf”, „Opowieść wigilijna”, „Matki w mackach Marsa” jako główny projektant wizualny. Pracował też przy efektach specjalnych w „Mrocznym widmie”, „Terminatorze 2”, „Masce”, „Forrescie Gumpie”, „Jumanji” czy „The Doors”. Pracując już jako projektant w „Mrocznym widmie” udało mu się znaleźć równowagę między prostotą kształtów a pewną złożonością scenografii, która sprawia wrażenie realności. Nadał tym samym wizualny ton wszystkim prequelom. W „Ataku klonów” pracował już tylko jako kierownik sekcji projektującej koncepty. W „Mrocznym widmie” pojawił się jako jeden z uczestników parady flag.
Iain McCaig pracował przy całej nowej trylogii. Jest przede wszystkim odpowiedzialny za kilka najbardziej zapadających w pamięć projektów, czyli Dartha Maula oraz stroje królowej Amidali. Stworzył setki rozpoznawalnych postaci, stworów, kostiumów czy sekwencji akcji. Został uwieczniony także w filmach. Zagrał jednego z doradców senatora Orn Free Taa w „Mrocznym widmie”, a jak podaje oficjalna robił także za szturmowca w wersji specjalnej „Imperium kontratakuje”. McCaig zajmował się nie tylko konceptami, ale też scenopisami. Na swoim koncie ma udział w takich filmach jak „Star Trek VI: Wojna o pokój”, „Terminator 2”, „Hook”, „Harry Potter i Czara Ognia”, „John Carter”, „Jack – pogromca wmapirów”, „Outlander” (który także współprodukował), a także „Avengers” i „Guardians of the Galaxy”.
– To cudownie wrócić! Minęło prawie dziesięć lat odkąd ostatni raz pracowałem przy „Gwiezdnych Wojnach”, ale to moje korzenie, które miały wpływ na każdy film, który potem projektowałem. To wciąż trochę nierealne, że będę pracował nad kolejnym – mówi Chiang. – Miałem szczęście być na pierwszym Star Wars Celebration w Denver w 1999, bardzo cieszyło mnie uznanie naszych projektów przez społeczność fanowską. Jestem zaszczycony, że mogę uczestniczyć ponownie w takim wydarzeniu i poznać nowych fanów.
– Zabranie nas zza desek projektowych, by spotkać ludzi dla których tworzyliśmy te filmy to zawsze jest wielka sprawa – mówi McCaig. – Informacja zwrotna od fanów z całego świata pomogła nadać kształt wielu projektom w uniwersum „Gwiezdnych Wojen”. – Zapytany o swoją pracę przy nowych filmach McCaig jedynie się uśmiecha. – Nigdy nie sądziłem, że dożyję takiego dnia. To czysta magia, że znowu zbierają nas razem.
I na koniec jeszcze jedna informacja, która ewidentnie przewija się w wypowiedziach obu twórców. Znaleźli czas by przyjechać do Essen na Celebration Europe II. Oficjalnie mają mieć panel, w którym opowiedzą o swoich wcześniejszych filmach, ale z pewnością będzie okazja, by zdradzili także coś o nowych. Zważywszy na to, że swój przyjazd zapowiedziała tam także Kathleen Kennedy, to właśnie tam należy się spodziewać jakiś oficjalnych zapowiedzi.
Najbardziej gwiezdno-wojenna pozycja tego roku zawitała do naszych kin. I nie chodzi o to, że „W ciemność. Star Trek” to space opera i kino nowej przygody, a o twórców. W tej produkcji nagromadziło się trochę osób ze Starwarsówka, a będzie ich jeszcze więcej, bo część z nich dołączy do wesołej ekipy nowych filmów. Duża w tym zasługa ILMu i Skywalker Sound, nic dziwnego, że w najbardziej rozpoznawalni są dźwiękowcy: David Acord („Zemsta Sithów”, „Wojny Klonów”), Andy Nelson („Zemsta Sithów”) i Matthew Wood (prequele, „Wojny Klonów”, także jako Grievous) oraz Ben Burtt. Nadzorującym efekty jest Roger Guyett z ILM. Film jest wyprodukowały firmy Bad Robot i Paramount, producentami zaś są Bryan Burk i J.J. Abrams, czyli producenci Epizodu 7. Dla przypomnienia reżyserią obu filmów zajmuje się także J.J. Abrams. Dodatkowo w „Star Treka” byli zaangażowani:
Maryann Brandon i Mary Jo Markey (montażystki) oraz Michael Kaplan (kostiumolog); cała trójka według niepotwierdzonych doniesień ma pracować przy „Gwiezdnych Wojnach”.
„W ciemność. Star Trek” to sequel poprzedniej odsłony cyklu, dziejący się w alternatywnym uniwersum.
Kiedy załoga Enterprise zostaje wezwana do domu okazuje się, że niepowstrzymana siła terroru pochodząca z ich własnej organizacji zdetonowała flotę, pozostawiając świat w kryzysie.
W rolach głównych wystąpili: Chris Pine, Zachary Quinto, Zoe Saldana, Karl Urban, Simon Pegg oraz Benedict Cumberbatch.
Choć pierwszy spin-off „Gwiednych Wojen” przez wielu, włącznie z Lucasem, jest odsyłany w niebyt, to jednak sprawił, że w LFL odrobiono lekcję. Nigdy więcej takiego „dziadostwa”. Przy „Imperium” żadne spin-offy nie powstały, natomiast gdy prace nad „Powrotem Jedi” dobiegały końca wszyscy zadawali sobie pytanie – „czy to będzie koniec sagi?”, George Lucas miał coś w zanadrzu. Tylko nie potrafił się od razu zdecydować, co to dokładnie ma być. Miały być godzinne programy telewizyjne, film telewizyjny, ewentualnie nawet serial aktorski. Na ten ostatni nalegało bardzo ABC, ale Flanelowiec ostatecznie odmówił. Gdyby się zgodził, to pierwszy film o Ewokach stanowiłby pilota serialu.
Podstawowe pytanie brzmiało, w jakim kierunku powinna podążać saga. Lucas chciał, by była bardziej familijna, przeznaczona dla dzieci. Dlatego zdecydowano się wszystko osadzić blisko „Powrotu Jedi”, gdzie pojawiły się Ewoki. To one miały być nośnikiem nowych „Gwiezdnych Wojen”, bliższych fantasy niż twardemu SF. Ile z tego powstało w momencie, gdy Lucas wymyślał Ewoki, a ile później, gdy zobaczył jak są one popularne wśród najmłodszych, nie wiemy. Wiemy tylko, że pomysł z Ewokami nie przypadł do gustu starszej widowni, ale to nie do nich były adresowane nowe filmy.
Zaczęło się od Caravan of Courage („Przygoda wśród Ewoków”) z 1984. Czego by nie mówić o „Holiday Special”, to najdziwniejsze jest to, że tamten film odniósł sukces kasowy. Nic dziwnego, że ostatecznie zdecydowano się na powrót do telewizji no i podobny format, może z mniejszą ilością śpiewania i bez kreskówki. Tym razem Lucas zabrał się do tego sam (w przypadku „Holiday Special” nie przyglądał się zbytnio produkcji). George stwierdził, że stawia na jakość i rozpoczęły się prace nad scenariuszem, który pisał Bob Carrau. W efekcie jego rozbudowy zdecydowano się zmienić trochę formę, coraz bardziej przypominało to pełnometrażowy film (acz od razu kierowany do telewizji). Skończyło się na 96 minutach. Zdjęcia kręcono w Redwood Forest, czyli tam gdzie „Powrót Jedi”. Warto pamiętać, że ta lokacja znajduje się w Kalifornii, więc była dostatecznie blisko dla filmowców (niższe koszty).
Największym problemem okazał się budżet, Lucas zawsze cenił sobie jakość, więc chciał dorównać efektom swoich filmów, ale nie zawsze się tak da. Telewizje w tamtych czasach nie dysponowały tak dużymi budżetami, więc przed ILM stało wyzwanie jak w tani sposób zrobić efekty. Mamy tu dużo malowanych obrazów tła, zdjęć poklatkowych i innych pomysłów. Pomysły Lucasa trochę opóźniły produkcję do tego stopnia, że w pewnym momencie reżyser (John Korty) musiał opuścić plan zdjęciowy, zastąpił go sam Lucas. Na szczęście dla niego robiono wtedy głównie dokrętki.
W końcu film musiał trafić do telewizji, więc trzeba było go zareklamować. I tu zrobił się problem, bo gdy okazało się, że w spin-offie nie ma Luke’a, Hana czy Lei, ani nawet znanych z trylogii postaci drugoplanowych, musiano zareklamować się Ewokami. Stąd w zapowiedziach pojawił się tytuł „An Ewok Adventure”, dlatego potem funkcjonowały dwa tytuły. 25 listopada 1984 film zadebiutował w telewizji ABC, potem doczekał się premier (także kinowych) w kilku innych krajach. Tam już miał nowy, oficjalny tytuł „Caravan of Courage: An Ewok Adventure”.
Bohaterami poza oczywiście Ewokami jest mieszkająca na Endorze rodzina Towani. Rozbitkowie zdążyli się tu zaaklimatyzować, ale Endor jest pełen niebezpieczeństw. Rodzice Towani zostają porwani przez okrutnego Goraxa, a dzieci – Cindel i Mace, wraz z Ewokami muszą ich uwolnić.
Film dostał dwie statuetki Emmy – za najlepszy program dla dzieci oraz efekty specjalne.
W 1985 zabrano się za drugi film z cyklu – Ewoks: The Battle for Endor („Bitwa o Endor”). Lucas jak zwykle miał swoje pomysły i nie lubił ograniczeń, więc wiele osób pracujących nad tym filmem wspomina go jako próbę generalna przed „Willow”. Wpływ miała też sytuacja rodzinna Lucasa, który miał wówczas adoptowaną mała córeczkę – Amandę. Chyba dlatego zdecydował się na to, by zrobić film tylko o Cindel. Reszty rodziny Towani nie potrzebował, więc postanowiono ich zabić na początku filmu. Sięgnął także po inspirację filmową, czyli „Heidi” (np. wersja z 1937 z Shirley Temple, acz tę historię ekranizowano kilka razy). Zresztą inspirowano się kinem familijnym, w tym także „Szwajcarską rodziną Robinsonów” (ten film już wcześniej zainspirował Lucasa). Film miał być bardziej przygodowy, większy, no i znów ILM miał pełne ręce roboty. Zmieniono też trochę koncepcję, w efekcie czego Wicket mówi teraz płynnie po angielsku. Potem prostowano, że to nie jest basic, ale odbiór jest inny. Zwłaszcza, gdy ludzie widzą gadającego Wicketa i przypominają sobie, co było w „Powrocie Jedi”.
Zdjęcia kręcono latem 1985 w hrabstwie Marin w Kalifornii (blisko siedziby Lucasfilmu), zadebiutował w telewizji ABC 24 listopada 1985.
Akcja też jest bardziej rozbudowana, tym razem Endorem zawładnęli Maruderzy, a Cindel, jej nowy przyjaciel Noa oraz Ewoki muszą ich pokonać. Film ten był bliższy kina nowej przygody, może dlatego powszechnie jest uznawany za lepszy z cyklu.
Po jego premierze zastanawiano się krótko nad trzecią odsłoną cyklu, ale ograniczenia telewizji przeszkadzały Lucasowi i zajął się ostatecznie „Willow”.
W czasie prac nad „Ewoks: The Battle for Endor” w Lucasfilmie trwały też prace nad serialami - „Droids” i „Ewoks”. Akcja tego drugiego dzieje się dokładnie między filmami o Ewokach i jeszcze bardziej rozbudowuje Endor. Produkcją zajęła się Nelvana. Ewoki doczekały się dwóch sezonów.
Wszystkie produkcje związane z Ewokami i Endorem okazały się całkiem udane, acz ówczesna polityka Lucasfilmu nie chciała zbytnio nadwyrężać marki. Wolano zakończyć projekt, póki jeszcze był dobry. Odbiór tych produkcji zwłaszcza dziś jest jednak trochę inny, acz wiele osób wciąż spogląda na nie z sentymentem.
Dotychczas każdy film z serii „Gwiezdne Wojny” oznaczał większą lub mniejszą technologiczną rewolucję, a jeśli nie rewolucję to przełom. Lucas zawsze cenił wykorzystanie nowych technologii w kinematografii, to coś co go pociągało. „Nowa nadzieja” to rewolucyjne wykorzystanie efektów specjalnych, wiele ze sztuczek dopiero tam stworzono. „Imperium kontratakuje” dodało jeszcze choćby wykorzystanie kukiełek, no i budżet był większy, więc eksperymentowano na większą skalę. „Mroczne widmo” wykorzystuje masowo grafikę komputerową, „Atak klonów” to pierwszy wysokobudżetowy film kręcony cyfrowo, „Zemsta Sithów” zaś była prawie w całości nakręcona na bluescreenie, Lucas zaś oglądał wszystko na bieżąco dzięki Video Village. To tylko hasła, za którymi kryją się inne – animatyka, Dykstraflex i tak dalej. Natomiast z jakim technologicznym przełomem wiąże się „Powrót Jedi”? Wydawać by się mogło, że z żadnym, bo nawet EditDroid zadebiutował dopiero w 1984, czyli już po szóstym epizodzie. Niemniej jednak także i ta część może się poszczycić kilkoma ważnymi eksperymentami i wyzwaniami i o nich napiszemy.
„Powrót Jedi” miał większy budżet, ILM pracował głównie nad tym filmem, ba nawet produkcję zorganizowano tak, by ILM nie musiał zbytnio się śpieszyć. Większy budżet to także większy rozmach, a co za tym idzie mnóstwo pomysłów do zrealizowania. Wiele z nich wykorzystywało miniatury, modele, malowane tła, trochę efektów komputerowych czy niebieski ekran. To wszystko oczywiście już było wcześniej, w mniejszym zakresie. Natomiast pojawiło się kilka elementów, które wymagały twórczego podejścia. Choćby rankor. Początkowo miał być nakręcony w technice stosowanej przez wytwórnię Toho podczas kręcenia „Godzilli” czy innych japońskich filmach o potworach. Próbowano stworzyć kostium rankora, ale ostatecznie skończy się na kukiełce. Oczywiście nie była to zwykła kukiełka, tylko kolejne technologiczne monstrum, jednak blednie ono przy innym – Jabbie. Jabba początkowo miał się pojawić w „Nowej nadziei”, Lucas myślał wtedy, że uda mu się wykorzystać do tego animację, ale okazało się to nieosiągalne. Także przy „Powrocie Jedi” technika komputerowa nie dawała rady z pomysłami Lucasa, więc postanowiono zbudować kukiełkę, jedną z największych jakie kiedykolwiek zbudowano.
Ostateczny szkic na którym bazowano narysował specjalista od efektów specjalnych Phil Tippet, ale przełożenie go na kukiełkę okazało się być dość karkołomnym zajęciem. Nad pracami czuwał Stuart Freeborn, pomagał mu John Coppinger, który odpowiadał za lateksowy odlew skóry. Zbudowanie Jabby wymagało znajomości biologii, tak by faktycznie przypominał żywą istotę, ale też mechaniki, by się konstrukcja nie zawaliła. Finalnie do obsługi kukiełki potrzebowano aż pięć osób, sześć jeśli doliczmy Sprośnego Okruszka, który został niejako wbudowany w Jabbę. Jedna osoba zajmowała się ogonem, jedna ciałem, dwie rękoma i głową, i jeszcze jedna sterowała radiowo oczyma Jabby. Poruszanie Jabbą nastręczało wielu problemów komunikacyjnych, radio wysiadało, więc operatorzy nie zawsze wiedzieli, co się dzieje. Czasem nawet nie wiedzieli, że już skończono zdjęcia. Jeśli doda się, że wewnątrz kukły było dość duszno i gorąco, to z pewnością nie byli zadowoleni, że o nich zapomniano.
Do nagrywania efektów specjalnych przy „Nowej nadziei” skonstruowano specjalną kamerę zwaną Dykstraflexem, na cześć Johna Dykstry. Wykorzystywała ona system VistaVision do nagrywania panoramicznego obrazu, jednak przy „Powrocie Jedi” okazało się, że Dykstraflex jest już przestarzały i zbyt powolny na potrzeby Lucasa. Tym razem postanowiono ściągnąć kogoś z rynku – Garreta Browna, twórcę kamery Steadicam. Właściwie nie była to kamera, ale podobnie jak Dykstraflex, system który pozwalał na jej lepsze wykorzystanie, tu chodziło o stabilizację obrazu dzięki żyroskopom. Udawało się dzięki temu kręcić dynamiczne ujęcia bez wrażenia trzęsącej się ręki kamerzysty. Steadicam początkowo został wynaleziony w 1973, ale na rynku pojawił się dopiero w 1977. ILM skontaktowało się z Brownem, gdy przygotowano scenę pościgów w lesie na Endorze. Okazało się, że trzeba było Steadicam trochę zmodyfikować (dodatkowy żyroskop), a sam jego konstruktor Garret Brown cały czas był obecny na planie i rozwijał tam tę technologię pod czujnym okiem Dennisa Murena. Cały system pozwalał operatorowi spokojnie chodzić, a przy tym kręcono mniej klatek na sekundę, przez co zwiększało się wrażenie szybkości.
Oczywiście to były rzeczy, które już istniały na rynku. Jednak „Powrót Jedi” ma też swój przełom. To THX. Lucas zawsze chciał zapewnić widzom najlepszy odbiór swoich filmów, ale wiadomo kina nie zawsze się sprawdzały. Postanowiono więc je ceryfikować. W 1982 powstał standard THX stworzony przez Thomlisona Holmana, który starannie opisywał warunki projekcji i odsłuchu.
Większość fanów liczyła, że 4 maja Lucasfilm/Disney zapowiedzą coś w sprawie nowych filmów, niestety obyło się bez tego. Jednak z różnych plotek pozbierało się kilka ciekawych informacji.
Po pierwsze lokacje, ten temat wraca. Wpierw Kathleen Kennedy wspomniała, że lokacje będą prawdziwe, że film nie będzie w całości kręcony w studiu i że produkcja nie będzie jakoś specjalnie ukrywana przed fanami. Producentka zdaje sobie sprawę z tego jak bardzo fani są zaciekawieni procesem i jak łatwo wszystko przedostaje się do Internetu, zwłaszcza gdy kręcą w plenerze. Kathleen wychodzi z założenia, że nie ma sensu kruszyć kopii, lepiej zmienić definicję i uznać, że fani są bardzo ważni. Przynajmniej możemy liczyć na świeże spoilery.
Teraz pojawiają się pierwsze plotkowe konkrety odnośnie lokacji. Pierwszy z nich podała brytyjska „The Sun”. Podobno w grę wchodzi wyspa Skye oraz Highlands, obie w Szkocji. Niedawno w tamtych rejonach był kręcony najnowszy Bond – „Skyfall”, więc mielibyśmy kolejną współdzieloną lokację. Druga informacja pochodzi z Islandii. Podobno tam już dotarli spece od wyszukiwania lokacji z Lucasfilmu. Sam Abrams rzekomo jest zainteresowany Islandią, próbował tu kręcić „Star Treka”, ale nie wyszło. Skończyło się na tym, że „Star Trek 2” ma jedynie tła nakręcone na Islandii.
To nie koniec anglocentrycznych plotek. Otóż podobno po tych wszystkich cięciach w Lucasfilmie i w szczególności w ILM, zaczną na nowo zatrudniać ludzi. ILM podobno ma otworzyć swoją nową filię w Wielkiej Brytanii, dedykowaną do produkcji nowych filmów. Może to potwierdzać informacje, że filmy będą kręcone właśnie tam.
Druga ważna wiadomość to kompozytor. Ostatnio Michael Giacchino, nadworny kompozytor Abramsa stwierdził, że widziałby w tej roli Johna Williamsa, teraz potwierdza to sam J.J. Abrams. Powiedział wręcz, że wierzy w to, że John Williams powróci do „Gwiezdnych Wojen”. Nie jest to oficjalna zapowiedź, ale na razie chyba nic lepszego nie dostaniemy.
KOMENTARZE (9)
Jutro na ekrany polskich kin powróci jeden z największych hitów kasowych w historii kina - Park jurajskiStevena Spielberga z muzyką Johna Williamsa i rewolucyjnymi (jak na ówczesne czasy) efektami specjalnymi od Industrial Light & Magic. Z okazji dwudziestej rocznicy premiery film ponownie trafił na ekrany kin, tym razem w wersji trójwymiarowej i z nieco podrasowanymi animacjami komputerowymi.
Opis fabuły dla tych, którzy nie mieli jeszcze okazji obejrzeć Jurrasic Park. Rok 1993. Brytyjski milliarder Hammond (sir Richard Attenborough) otwiera park rozrywki na jednej z wysp u wybrzeży Kostaryki. Pomaga mu w tym cały sztab naukowców i myśliwych (m.in. Samuel L. Jackson i Bob Peck). Główną atrakcją rezerwatu mają być sklonowane dinozaury. Przed inauguracją parku Hammond zaprasza doń grupę naukowców: paleontologów (Sam Neill i Laura Dern) oraz matematyka specjalizującego się w teorii chaosu (Jeff Goldblum), którzy mają wydać opinię o bezpieczeństwie atrakcji oraz swoje wnuki. Wszystko wydaje się być zapięte na ostatni guzik, ale jak to zwykle bywa, wiele katastrof wydarza się z powodu czynnika ludzkiego. W tym przypadku ich inicjatorem jest pewien chciwy informatyk (Wayne Knight).
Ciekawe, jak po 20 latach ponownie wypadnie na wielkim ekranie superhit Spielberga na motywach powieści Micheala Crichtona, tym razem w trzech wymiarach. Zastosowanie konwersji do 3D jest w tym przypadku szczególnie ciekawe, bowiem przez pierwszą godzinę seansu w filmie nie hasa żaden dinozaur, a do momentu ich pojawienia się na ekranie w filmie brak spektakularnych sekwencji, które dobrze wypadałyby w 3D.
KOMENTARZE (10)
Po zwolnieniach w Lucasfilm Animation i LucasArts (które prawdopodobnie zostanie zamknięte), Disney postanowił wręczyć wypowiedzenia części pracowników ILM. Industrial Light and Magic to kolejna legendarna marka, stworzona przez George’a Lucasa w ramach grupy Lucasfilm. ILM to kura znosząca złote jaja, dobrze zarabiająca, a jednocześnie bardzo dobrze kojarzona, uznawana za najlepszą lub jedną z najlepszych firm produkujących efekty specjalne. To oni odpowiadają za „Park Jurajski”, „Terminatora 2”, „Piratów z Karaibów”, czy częściowo „Avatara”. No i oczywiście wszystkie produkcje Lucasfilmu. W ostatnich latach ILM wspomagał także animację, to oni pomogli stworzyć fenomenalnie zanimowane „Rango”, ale po ostatniej reorganizacji Lucasfilmu związanej z przeprowadzką do Cyfrowego Centrum Lettermana (więcej na temat tego kompleksu), ILM miało także uczestniczyć w synergii z innymi podmiotami grupy – w tym właśnie LucasArts i Lucasfilm Animation. Wszystko wskazuje, że większość zwolnionych ludzi właśnie zajmowała się tą współpracą. ILM ma się skoncentrować na pracy własnej i tworzeniu nowych seriali i filmów z „Gwiezdnych Wojen”, które powinny ukazywać się co najmniej raz na rok. Nie wiadomo, jak te zmiany wpłyną na prace zlecone studia.
Małym pocieszeniem z pewnością będzie to, że Disney ogólnie zaczął zaciskać pasa. Obecna fala zwolnień pojawiła się także w The Walt Disney Company. Niektórzy spekulują, że decyzja o kupnie Lucasfilmu (po Marvelu i Pixarze) była dość pochopna, stąd te radykalne oszczędności. Chodzi tu zarówno o samą sytuację Disneya (w tym wtopę „Johna Cartera”), ale także sytuację na amerykańskim rynku, gdzie kryzys dotyka także branżę filmową.