Wiecie co, w tym zamęcie po premierze M&G obejrzałem, a raczej dokończyłem oglądać "Imperium", które rozpocząłem pewnie gdzieś na jesieni zeszłego roku. Obejrzałem w całości (w strimingu na D+), powiedziałem "fajne", i nagle do mnie dotarło, że nie pamiętam kiedy oglądałem ***CAŁE*** The Phantom Menace po raz ostatni. Wysiliłem mózgownicę, i wyszło mi tak: pierwszy kontakt z TPM to chyba koniec maja / początek czerwca 1999 w tej fatalnej pirackiej kopii (tzw "mrówka Z") na kompie, potem w kinie w PL w połowie września 1999, drugi raz chyba tydzień później i ... tyle ??? Świta mi, że było w Polsacie w Nowy Rok, gdzieś na początku lat dwutysięcznych, pamiętam że to oglądałem, ale czy w całości? Nawet jeżeli tak, to sprawa ma się tak, że nie widziałem Epizodu Jeden na pewno CONAJMNIEJ 25 lat. Ćwierć wieku. Czas na Riłocz.
"Weźcie się i zróbcie" a więc usiadłem i zacząłem oglądać, licząc się z tym że to będzie seans "na raty" bo wiadomo sprawy rodzinne domowe życiowe, mało kto ma czas żeby dwugodzinny film połknąć na raz. Tym większe było moje zaskoczenie gdy podczas sesji oglądania dotarło do mnie, że film jest bardzo wciągający. Wolałem siedzieć do "strasznej nocy" niż wyłączać. W sumie chyba całość zajęła mi ze 3 "sesje" ale film łącznie można powiedzieć że obejrzałem więcej niż raz. Cofałem "taśmę", oglądałem, powtarzałem, przyglądałem sie itp itp. I to naprawdę z czystej a nie wymuszonej czy kalkulowanej ciekawości, albo nawet dlatego, że niektóre momenty są tak bombowe, że trzeba to zobaczyć więcej niż raz.
Powiem Wam, 25 lat (+) to jest jednak "Szmat Czasu" * i człowiekowi się wydaje, że film widział i pamięta. Pamięta się jakieś wrażenia, niektóre sceny, obrazy, nastroje, takie czasami mniej a czasami bardziej mgliste zarysy. Nie ma siły, po 25 latach to jest się kimś innym w zupełnie innym świecie. Podobnie jak miałem z "Zemstą" rok z małym kawałkiem temu, tak The Phantom Menace okazuje się być ... no kurde, mocno INNE niż wydawało mi się, że pamiętałem. Z tym, że "Zemsta" rzuca się na widza tym całym swoim ogromnym ciężarem, i robi piorunujące (he he - powiedział Palpatine) wrażenie, tak TPM jest bardzo lekkie, zwiewne wprost, przelatuje błyskawicznie w takim tempie że ledwo idzie wyłapać co się dzieje - i dopiero później w mózgownicy widza tak jakby się wygodnie rozsiada** i zaczyna otwierać te swoje małe pudełeczka z różnymi skarbami: "hehe, popatrz na to", albo "a widziałeś to?". Jakbyś siedział na obiadku u (pra)babci stryjecznej zanudzony na śmierć, a ta nagle wyciąga jakieś swoje stare foty, i co, okazuje się że w 1940 latała Spitfire w Afryce Północnej i miała romans z Antoine de Saint-Exuperym. Nie do wiary, ale zdjęcia są, i co zrobić? Wierzyć w te bajki czy iść w zaparte i nie wierzyć?
Taki właśnie bajkowo-niesamowity a jednak "historyczny" nastrój wywołuje u mnie TPM widziane po latach. Dużo rzeczy można o tym filmie napisać, i tak myślę, że ten post to zatytułuję po prostu PART I, a pierwszą dawkę nieco konkretniejszych obserwacji wrzucę w następnym poście. Nie chcę Was zanudzać ani sam dwóch godzin spędzać na wklepywaniu czegoś, czego nawet w tej chwili nie umiem w głowie ustruktutyzować sensownie. Tak więc "TO BE CONTINUED", w PART II napiszę o tym, co widać gołym okiem i co da się usłyszeć własnym uchem. "A WIENC" - see ya soon.
* : 1 Szmat = 10 ścier
** : to jest taki dziwny efekt niektórych filmów, czy piosenek, czy książek, czy innych "dzieł"; nie ma polskiego terminu (chyba?), Amerykany mówią "it grows on you".