Obejrzałem ten film po raz drugi, przerwa była prawie 14-letnia, he he. Wrażenia takie same jak za pierwszym razem: pierwszy akt super. Dopóki głównym bohaterem jest sam hotel, wszystko gra. Ten zwariowany styl pasuje do "syntetycznej instytucji" którą jest G.B.H. Gdy akcja przenosi się "w świat", to przestaje działać. Tzn technicznie to jest super, i zabawne, ale sama opowieść jest niezbyt pasjonująca.
To co jest fajne to ten klasyczny Andersonowy "piętrowy" schemat narracyjny: Anderson pokazuje ludziom swój film, w którym pisarz niby w audycji TV opowiada o samym sobie sprzed kilku dekad, gdy spotkał faceta, który opowiedział mu o swojej własnej młodości. To zabawny motyw i żeby było śmieszniej w jednej z początkowych scen Gustave H. próbuje w windzie wyrecytować jakiś wiersz Hrabinie, żeby ją uspokoić :
"While questing once in noble wood of gray medieval pine, I came upon a tomb, rain-slicked, rubbed cool, ethereal; its inscription long vanished, yet still within its melancholy fissures—"
bardzo przypomina toto słynny "Ozymandias" (nie Ozzy Osbourne) :
"I met a traveller from an antique land, Who said—“Two vast and trunkless legs of stone
Stand in the desert. . . . Near them, on the sand, Half sunk a shattered visage lies, whose frown,
And wrinkled lip, and sneer of cold command, Tell that its sculptor well those passions read
Which yet survive, stamped on these lifeless things"
plus ten cały Ozymandias jest przykładem takiej piętrowej narracji bo autor wiersza pisze o gościu którego spotkał, który opowiada mu o miejscu, które odwiedził, no i to miejsce też jakąś historię opowiedziało. Anderson jest znany ze swojej obsesyjnej szczegółowości więc to pewnie też skurczybyk zaplanował.
Film jest taki na 4-, no może 4 w oldskulowej skali, można obejrzeć, ale fascynować tym to się chyba tylko zawodowi filmowcy, albo może krytycy będą. Reszta powie "może być".