ostatnimi czasy Nolan u mnie miał kredyt zaufania, zwłaszcza, że wieje jego filmów zyskiwało przy ponownym obejrzeniu, gdy lepiej było wyłapać szczegóły, jak "Tenet". Niestety to, co tam mi się podobało, tu "zaorał" i poszedł w dość łopatologiczne tłumaczenie wielu rzeczy. Całkowicie niepotrzebnie, bo w dużej mierze rozwala to film, ale co gorsza spłyca. Bo ma się wrażenie, że istotne jest, by średnio uważny film, ogarnął wszystko, nawet jak w kinie popatrzy sobie na telefon czy będzie szukał prażonej kukurydzy i zgubi jakąś akcę.
Przed jego "Odyseją" przypomniałem sobie "Troję", ale też zobaczyłem "Powrót Odyseusza" z Finesem. Nie udało mi się "Ulissesa" z Douglasem odświeżyć, więc boje się, że klimat który pamiętam może się mieszać z filmami Harryhausena, ale to już inna inszość. Ogólnie "Troja" pod wieloma względami jest solidna, ale ma też swoje minusy. "Powrót Odyseusza" - z tym filmem man największy problem, bo był dość męczący i rozwleczony, wydawał mi się być łatwym filmem do pokonania przez "Odyseję". "Troja" poprzeczka wyżej, ale też nie do przeskoczenia, i tym bardziej dziwię się, że Nolanowi się to nie udało tego osiągnąć.
Głównie dlatego, że "Odyseja" w gruncie rzeczy jest bardzo nierówna i jej części mają zupełnie inny charakter. Efekt jest taki, że mimo trzech godzin, na wszystko nie starcza czasu, wiele elementów jest średnio rozwiniętych. Wątek przygodowy, który (jak dobrze pamiętam) był sporą częścią "Ulissesa", tu się pojawia. Prawdę mówiąc to chyba te elementy, gdzie "Odyseja" jest historią Odyseusza odwiedzającego kolejne dziwne wyspy, mnie się najbardziej podobała. Zrobienie z tego klimatu w stylu Del Toro to coś czego nie do końca się spodziewałem, ale tę część kupuję... tyle, że ani tego nie ma dużo, ani się to rozkręca. Ta niby mroczność nie sprzyja lekkości, ale chyba chciałbym by poszli w taką mroczną przygodówkę. Najlepiej by to wyszło.
"Troja" była spójną historią, z dobrze postawionymi akcentami politycznymi. Tu tego nie ma. Troja niby jest, ale to nie kwestia wojny, czy podboju jest problemem, a użycie konia, który tu wręcz przeradza się miejscami w "broń atomową", która zmieniła regułę gry. Mam trochę deja vu z "Oppenheimera", jakby do tamtej historii chciał coś dopowiedzieć. Podczas gdy sama wojna, tym problemem jakoś specjalnie nie jest. Trochę się to gubi. "Troja" też bije "Odyseję" na głowę jeśli chodzi o scenografię, przede wszystkim zbroje, które nie wyglądają jak straż pretoriańska z "Gwiezdnych Wojen"... Nawet ten koń w "Troi" mi się bardziej podobał, bo dokładnie czegoś takiego oczekuję od fortelu wymyślonego trochę na szybko. Muszę przyznać, że po "Odsysei" doceniam bardziej "Troję". A to znaczy też, że warstwa wizualna, nad którą Nolan zazwyczaj panował, tu nie dowiozła. Efekty są faje, kadry są fajne, ale projekty i wykonanie niektórych rekwizytów czy strojów... psują mocno efekt całości. No i w "Troi" widać rozmach.
Najgorsza cześć to właśnie to wszystko, co było w "Powrocie Odyseusza". Dostaliśmy w ciągu roku, dwie historie o Odysie cierpiącym na depresję po wojnie... Pierwsza jest nudna, ale druga płytka i głupkowata. W gruncie rzeczy, obie idą prawie dokładnie tym samym schematem, fabuła jest niezwykle podobna... U Nolana wszystko idzie szybciej, Odys jak już przestaje się dręczyć, od razu odzyskuje wigor... Wolę wersję Pasoliniego, która wymaga od bohatera więcej, gdzie ta walka wewnętrzna jest elementem fabuły, a nie niepotrzebną komplikacją. Efekt jest taki, że ten rewizjonizm, może by mnie kupił, gdybym nie widział filmu Pasoliniego. Fines odegrał rolę upadłego Odysa, który musi wykrzesać w sobie siłę by stanąć na nogi, lepiej. I myślę, że jeśli z dwóch historii, ta z mniejszym budżetem i niby gorszym warsztatem, oddaje dużo lepiej przekaz, jak wojna potrafi wyniszczyć także "zwycięzców", to chyba tym razem Nolanowi coś poszło nie tak.