Wymęczyła mnie ta książka. Doceniam, że Timothy Zahn dostał wolną rękę, żeby napisać co tylko ma ochotę, widać wyraźnie, że wie o tym świecie Dynastii dużo, i że te trzy książki są poszerzeniem tych kilku luźnych pomysłów, które Zahn przedstawiał już w książkach legendarnych. I nie chcę sugerować, że jeżeli książka jest o czymś odległym od Star Wars to od razu powoduje, że książka staje się gorsza. Niemniej cała ta trylogia przepełniona jest polityką, intrygą, spiskami, naradami, okazjonalnym kalibrowaniem oktometrów, wypełnianiem rozkazów co do sekundy, i ciągłych zmian perspektyw. Ostatnia finałowa bitwa opisana jest z dwóch perspektyw i trochę jak na huśtawce: raz mamy myśleć, że Chissowie sromotnie przegrają, zaraz że wygrają, i tak w kółko. I… moim zdaniem niestety w szczegółach ta książka, jak i cała trylogia się rozsypują, ani ta intryga nie jest wystarczająco intrygująca, ani Thrawn nie jest oszałamiająco genialny, ani jego przeciwnicy nie szokują wyższością umysłową. To jest ciekawe spojrzenie na książki Star Wars jako polityczna space opera z elementami epickiej kosmicznej wojny…ale zupełnie nie mój klimat.