Sorry AJOT dopiero teraz ten ciekawy post zobaczyłem!
No tak, to nie EJAJ, też mi byłoby ciężko w to uwierzyć, ale ja śledzę / śledziłem działania Mustaine`a i ten cover był zapowiadany dużo, dużo wcześniej, żeby narobić ludziom "smaka". Każdy się zastanawiał, po co Mustaine to robi. Wiadomo, narobił szumu wokół albumu, bo bez tego to tylko najwięksi fanatycy by się zainteresowali. A tak to nawet die-hard fani Mety przyszli posłuchać.
No i co można powiedzieć, kawałek jest odegrany poprawnie, solo jest też dobrze odwzorowane. Wokal niestety kiepski, no ale co poradzić, wiek, sam Dave M. też nigdy super wokalistą nie był.
To co jest moim zdaniem kompletnie do dupy, to brzmienie, głównie gitar. Nie wiem co się w świecie metalu zdarzyło, że producenci kompletnie zapomnieli, co sprawiało że ta muza tak wspaniale brzmiała. A przepis, albo może jego część jest prosty: REVERB. Bez pogłosu metalowa gitara to jest brzęczenie. Bez pogłosu nikt nie grał, ani Hendrix, ani Page, ani Eddie van Halen.
Można Mety nie cierpieć ale jeżeli ktoś na pytanie "na jakich albumach słychać najlepiej brzmiące metalowe gitary?" nie odpowiada od razu "#1 RTL, #2 MOP" to jest upośledzony umysłowo. #1 to oczywiście Ride The Lightning, tam mamy moi drodzy Święty Graal Gitarowego Brzmienia. To jest oczywiście głównie zasługa producenta Fleminga Rasmussena (duńczyk, ziomal Larsa), bo jak chłopaków z Mety zostawić samych sobie to dostajemy "And Justice". Ale te dwa albumy udowadniają, że umieli znaleźć ten cudowny przepis na dźwięk, i go wykorzystać tak, że hohoho.
Wczesna Meta jest nie do ruszenia w tym poletku które można nazwać "Prawdziwy Metal". Trzeba to przynać. To był ich twór, ich dzieło, to będzie ich dziedzictwo. Potem cały gatunek zaczął badziewieć i rdzewieć. Może nie od razu i nie bardzo znacznie, ale jednak. Ale trzeba też głośno powiedzieć, że Metę do stratosfery wystrzeliło 3 gości: Lars, Burton i ten rudy debil. Lars był muzycznym biznesowym wizjonerem i geniuszem organizatorem, Burton to było hippisowskie serce zespołu, a bez riffów Mustaine`a nie mieli by swoich największych wczesnych hitów. Jak się im skończyły riffy rudego, Burton tragicznie zginął, to Meta się skończyła. Muzycznie oczywiście, bo ciągle mieli (i mają) gigantyczną moc przyciągania tłumów i charyzmę. Ale muzycznie, to po roku 1986 produkowali tylko barachło.
Mustaine cały swój żywot wiódł zgrzytając zębami z zazdrości, bo to on zapewnił Mecie bycie #1, a sam już tego nie mógł powtórzyć, jego dzieło go przerosło. Dlatego się tak wściekał na swoich eks-kolegów i przy każdej okazji wypominał im "to były moje riffy!". W pewnym sensie chłopa rozumiem, ale to musiało być okropne żyć w takiej zazdrości. Wszyscy mówili, Mustaine kiedyś z tego wyrośnie, moim zdaniem nie wyrósł; nargrał ostatnią (?) płytę i zamieszczeniem tego kawałka powiedział po raz ostatni: MOJE! xD