AJ73 napisał:
Ba, uważam, że to był ich prime, i nic już więcej muzycznie, u nich, nie zrobiło na mnie takiego wrażenia.
-----------------------
Na bank, w każdym razie w tym sensie, że na pewno włożyli w to najwięcej siebie, wysiłku, umiejętności, serca. Chyba dlatego potem Smith się zabrał, różnie takie rzeczy zespoły uzasadniają, ale często twórcy dochodzą do "ściany", dalej się nie da, i to niejeden zespół położyło.
Tzn wiadomo i wcześniej i później w dyskografii Maiden masz fajne rzeczy (raczej wcześniej) bo "Hooks in You" czy "The Prisoner", które są i wesołe i bardzo energiczne, i ich najwcześniejsze rzeczy to jest mega punkowa energia, niektórzy będą mówić że to był ich najlepszy okres (bo łomot i energia).
No, może jeszcze "A Brave New Wordl (częściowo), raz, że to był powrót Dickinsona do składu, bo tam były fajne kawałki, które są po prostu dobre a nawet bardzo. Aczkolwiek, to jest zupełnie inne już brzmienie, inny kierunek i tak dalej.
-----------------------
Zgadzam się w 100%, kawałki niektóre fajne, niektóre super. W ogóle mam wrażenie że to BNW to był tak jakby reset i powrót do "7th Son", mam poczucie że to bezpośrednia kontynuacja tamtej płyty (tyle że nie koncept album), tak jakby "No Prayer" czy nawet "Fear" nigdy się nie wydarzyły, już nie mówiąc o okresie z B.B.
a nie wiem jak to zrobiono, ale jest coś w niej niesamowitego, jakaś przedziwna futurystyczna aura, tajemnica, nie wiem jak to określić
-----------------------
No, jest niezła hipnoza, "Powerslave" też można kontemplować, ale dopiero ten SOMEWHERE to prawdziwy wir. Myślę że to jest trochę jakby obrazek ze snu, niby realne a nierealne. Tam masz przykład takiej "niemożliwej architektury" bo wszystko jest na swoim miejscu ale zasugerowana skala jest taka że można dostać zawrotów głowy. Plus zwariowana perspektywa bo masz dwa albo i wiecej "vanishing points" - ta ulica i "najbliższe" budynki zbiegają się gdzieś na dole w środku "lewej połowy", (tył okładki) a to gigantyczne tło gdzieś indziej no i to robi jakieś wrażenie "dziwnej krzywizny", mi się tak na oko wydaje.
O właśnie tak mi się przypomniało, kiedyś (jakieś 25 lat temu) czytałem polskie punkowe ziny, tam były wywiady ze starymi "pancurami" z UK. Pamiętam jak jedna z tych punkowych legend wspominała, że jak oni zaczynali grać to nie było podziału na punk/metal, wszyscy kolegowali. Facet z nazwy Maiden wymienił, że jak im się kariera zaczęła rakietowo rozpędzać, to się pojawiła zazdrość na scenie. Punk nie umiał stanąć do rywalizacji z metalem, głupio się obrazili na tę biznesową część muzycznego życia, wycofali z "mainstreamu" i że to zabiło gatunek bo od tej pory punk zrobił się strasznie dogmatyczny: musisz grać tak a tak, wyglądać tak a tak, nie możesz próbować komercyjnego sukcesu odnieść bo będziesz zdrajcą. Bunt sam siebie sformalizował i zatrzymał xD Punkowcy sobie sami w stopę strzelili; sukces który wielu mogło odnieść w latach 80-tych się o "parę" lat opóźnił, do czasów Green Day