Jedna książka?
http://img704.imageshack.us/img704/9895/jednaksiazka.jpg
Wy też tak macie?
----------
Chyba spróbuję poblogować, od czasu do czasu. Oczywiście nadal w tematyce życia fanów, czy raczej jednej fanki ;]
W zeszły piątek byłam na imprezie integracyjnej z ludźmi z pracy. Rok już tam pracuję, a poprzednie takie okazje omijałam (bawiąc się m.in. w tym samym czasie na konwentach). Tym razem się skusiłam, mimo że moje najbliższe koleżanki nie jechały, bo miał to być kulig i ognisko w śniegach. A ja nigdy na kuligu nie byłam. No i kulig był, tylko nie wiem czy trwał kwadrans
Impreza okazała się czymś innym niż się spodziewałam. Żadne tam ognisko na świeżym powietrzu, tylko karaoke z przebojami pokroju „Żono moja”, tańce z panami 50+, którzy trochę już wypili. Ubaw po pachy
Z przyjemnością uciekłam przy pierwszej nadarzającej się okazji do stajni oglądać konie, a potem na samotny nocny spacer po zaśnieżonym lesie.
Nie żałuję, że pojechałam, było to ciekawe i na dobrą sprawę bardzo pocieszne doświadczenie, a o niektórych ludziach dowiedziałam się więcej w ciągu tych kilku godzin niż przez kilka miesięcy. Ale… Miałam też czas na refleksje. Zastanawiałam czy to ja jestem taka sztywna, że nie potrafię się dopasować do takich klimatów, do imprezy tego typu. To chyba nie była kwestia wieku, skoro byli tam też moi rówieśnicy i bawili się w najlepsze (i znali te wszystkie piosenki, które ja pierwszy raz w życiu słyszałam
). W którymś momencie złapałam się na myśli, że na szczęście już niedługo R-kon i będę mogła bawić się tak jak lubię: kalambury, konkursy filmowe, komiksowe, SW, prelekcje i przede wszystkim towarzystwo innych GEEKÓW. Tam nie było jak normalnie (i ciekawie) porozmawiać. Jedynie jak kilkoro z nas właściciel oprowadzał po tych stajniach i jak z jedną z dziewczyn poszłam się przejść. Ale gdybym faktycznie była aż taka sztywna, to nie wydurniałabym się tydzień wcześniej na środku rzeszowskiego Empiku w kalamburach (zupełnie trzeźwa
). Tak przynajmniej sobie wmawiam.
Może ja mam zbyt wysokie wymagania? W którymś momencie część imprezy przeniosła się na zewnątrz, do ogniska. Stoją, gadają o d*pie Maryny (to były naprawdę rozmowy gorsze niż o pogodzie, totalna masakra), nudy. Do jednej z dziewczyn zadzwonił kolega, który został w budynku i ona powiedziała:
- Przychodź do ogniska, tu jest super!
A ja sobie pomyślałam „WTF? Mówimy o tym samym ognisku, przy którym ja stoję?”
Czy obcując tyle z geekami wszelkiej maści (nie tylko SW, ale i komiksowymi, mangowcami, s-f, fantasy) straciłam umiejętności bawienia się z „normalnymi” ludźmi? Czy coś takiego jest w ogóle możliwe? (Tzn. stracenie umiejętności, a nie zabawa z ludźmi
) W końcu mam znajomych nie-geeków i jakoś potrafię spędzać z nimi fajnie czas.
Może po prostu brakowało mi tam kogoś kogo znałabym dobrze, z kim mogłabym się bawić, a kto nadawałby na tych samych falach? Bo oni stanowili już zwarte grupki, ja w końcu pracuję tam najkrócej. I nie było nikogo z mojego oddziału. A może po prostu za mało wypiłam?
To tyle rozmyślań, takich bez konkretnych wniosków.
Kiedyś by to było nie do pomyślenia. Przykład ? Sam mogę być przykładem, żyję normalnie , od kiedy mam 14 lat melanżuję, latam po klubach i nie miałem problemów z akceptacją ani zdobyciem dziewczyny - a jednocześnie interesuje się szczególikami z Gwiezdnych Wojen i wielu innych uniwersów. Mam kumpla na uczelni - na pierwszy rzut techno-palant, włosy na żel, ubrany jak dresiarz, ciągle wpada w kłopoty i zyje nocnym życiem - a zna się na grach (NIE gra jak każdy 20letni chłopak, pyka w pada i ściąga nówkę, jak tylko skończy jakąś pozycję) lepiej niż ktokolwiek chyba... Zna historię każdego liczącego się studia tworzącego gry, biografię każdego jej członka, Fallouta przechodzi po 10 razy do roku - koleś jest totalnym nerdem growym, a jednocześnie nie przeszkadza mu to w byciu kolesiem który urwał się z "ju ken densa" i wyrywać panny w klubie
. Nikt inny nie potrafił takiej informacji. Jeszcze śmieszne jest jak ktoś idzie w firmie i wszyscy się z niego śmieją, a on nie pamięta dokładnie o co poszło
)