Styczeń zacząłem mocno, bo 14 pozycjami. Jest moc, jest siła!!! No, chciało mi się. Wróżę, że w lutym będzie gorzej, bo czuję mocne wypalenie, ostatnie kilka dni kiedy mam czytać to robię wszystko naokoło byle tylko nie czytać xD
Pozytronowy człowiek - Isaac Asimov, Robert Silverberg
Historia dobrze znana dzięki poniekąd-ekranizacji ("Człowiek przyszłości" z 1999). Opowieść o robocie, który chce stać się człowiekiem. Proste, a skuteczne. To dobra i mądra opowieść, i nie powiem, również poruszająca.
5/6
Dwa ognie - Christpher Buehlman
To książka, która zaczyna się średnio, ale z każdą kolejną stroną robi się coraz lepsza. W połowie już czytałem z wypiekami na twarzy, pod koniec piałem z zachwytu. Jestem pod wrażeniem kunsztu autora. Zafascynowała mnie ta podróż przez krainę szaleństwa, a elementy nadprzyrodzone-horrorowe dodawały ogromnej pikanterii. To, co się działo (staram się nie spoilerować) podczas noclegu ferajny w Paryżu to szczyt budowania klimatu i grozy. Zakończenie natomiast nie tyle mnie usatysfakcjonowało, co zachwyciło. Kompletne, piękne. Tak się powinno pisać.
5,5/6
Prądy czasu - Robert Silverberg
Całkiem udana książka o poróżach w czasie i różnych perypetiach które z nich wynikają. Zazwyczaj oczywiście negatywnych. Fajnie pozawijana ta fabuła, czytało się dobrze.
Dość dziwił mnie pornograficzny aspekt tej powieści. Dziwił tym, jak go tu dużo i w sumie po co on. Właściwie każda bohaterka chciała przespać się z głównym bohaterem (i zdecydowana większość to zrobiła). Do tego fiksacja autora... no, bohaterów.... na kazirodztwie - co jest największym plusem podóży w czasie? Że można przelecieć własnych przodków. Dla jednego bohatera kolekcjonowanie kolejnych pokoleń wstecz to cel życiowy, dla drugiego (głównego) może i nie, ale zakochać się w prapra(pra x ?)babci to już tak, a na widok własnej babci za młodu chłop właściwie dostał małpiego rozumu. Trochę nie umiem rozłączyć tu bohatera od autora i mam wrażenie, że ten drugi realizował tu jakieś swoje fantazje. Heinlein mnie już uodpornił na takie wytryski (hehehe) pożądania starych klasyków, ale tu to było w takim natężeniu, że tydzień po lekturze z tym głównie kojarzy mi się książka. Dopiero jak wysilę mózgownicę to przypomina mi się, że to była ciekawa opowieść.
4,5/6
Dziw - Nathan Ballingrud
Jeśli głównym kryterium przy poszukiwaniu dla siebie lektury jest oryginalność, to "Dziw" z pewnością zaspokoi te oczekiwania. Mamy tu do czynienia z retrofuturystycznym westernem z wyraźnymi, acz nie dominującymi, aromatami horroru. Rok 1931, kolonia na Marsie, rok po utracie kontaktu z Ziemią. Nie wiadomo co się stało, no i cześć, trzeba sobie radzić samemu. Główna bohaterka ma 14 lat, a jej mama poleciała na Ziemię w spodku kosmicznym tuż przed nastaniem Ciszy. Restaurację, którą prowadzi jej ojciec, napadają bandyci, a lokalne służby porządkowe nie za wiele z tym robią. Trzeba sprawą zająć się samemu. Punkt wyjściowy fabuły jak w klasycznym westernie, i w tym klimacie podążamy wraz za Anabelle do samego końca. Choć im więcej dowiadujemy się o Marsie i tytułowym Dziwie, tym też straszniej się robi. Pytań jest dużo, odpowiedzi niewiele, ale nie o to tu chodzi. Autor prowadzi nas przez swój dziwny świat, dbając żebyśmy się nie znudzili, powoli odsłaniając też karty, ale nigdy na tyle, żeby nasycić czytelnika kompletem informacji. To interesująca gra, którą osobiście kupiłem.
"Dziw" to powieść nieoczywista, ale zarazem przystępna i lekka w przyswojeniu (bo nie w klimacie, tu jest ciężko i ponuro). Dobrze mi się to czytało.
4,5/6
Światło niezwykłych gwiazd - Ryka Aoki
Ryka Aoki to kolejny - po Jimenezie i Naylerze - interesujący nabytek do obecnej UW. "Światło niezwykłych gwiazd" to książka, no cóż, nietypowa; myślę, że jest ona brutalnym wyrwaniem ze strefy komfortu dla przeciętnego czytelnika fantastyki w Polsce. W pozytywnym sensie. No chyba, że ktoś bardzo nie lubi być wyrywany ze swojej strefy komfortu w ogóle.
Najsilniejszymi aspektami tej książki są: kreacja postaci i konstrukcja świata. Nie sposób nie zaangażować się w losy głównych bohaterek, autorka udanie gra na uczuciach i eksploruje ich aspekty psychologiczne. A świat jest odjechany, to taki gulasz, smaczny gulasz, w którym mamy elementy które pozornie nijak do siebie nie pasują. U Aoki pasują, i w tym zwycięża. Pomiędzy tym mamy fabułę, w której juz autorka nijak nie szarżuje, ale to nie przeszkadza, bo swoista dziwność i emocje niosą czytelnika bezboleśnie do samego końca.
Pasuje ta książka do UW i jednocześnie jest ona jakościowym jej przedstawicielem. Podobało mi się.
4,5/6
Ciosy zagłady - Ray Nayler
"Ciosy zagłady" to taka mocna pigułka. Autor nie marnuje tu ani słowa, dzięki czemu na tych ledwie stu stronach mieści dużo. Krzyżuje motyw wskrzeszenia mamutów i digitalizowania świadomości i wykorzystuje to do rozważań nad życiem, stratą, moralnością, inteligencją, znaczeniem i potencjałem rozwoju technologicznego, mamy oczywiście też krytykę antropocentryzmu z wściekle wyróżnionym kłusownictwem. Dużo wielkich słów, ale tak tu właśnie jest. To bogata książka. Pomysłowa i ciekawa. Podaje nam wnioski ciekawe, nie zapędzając się w moralizowanie. Nayler nie traktuje czytelnika jak idiotę. Dziękuję, panie Nayler, to miło
5/6
Córka żelaznego smoka - Michael Swanwick
Wyobraźcie sobie, że macie biegunkę. Taką zwyczajną, tradycyjną srakę. Siedzicie sobie, jest dobrze, a tu nagle was przypiliło. Biegniecie do łazienki, ale nie zdążyliście. Pociekło po nogawce, poszło na podłogę. Dramat, brud, smród. Mi się takie coś nie przydarzyło, większości z Was pewnie też nie, ale jakby już się zadziało, to chyba wszyscy zareagowalibyśmy podobnie: trzeba to posprzątać, wypucować.
W latach 90. ofiarą takiego niefortunnego zdarzenia padł Michael Swanwick. Tylko zamiast wziąć ręcznik papierowy, posprzątać i spuścić w kiblu, on to wziął i wysłał do swojego wydawcy. A wydawca to... opublikował. I tak powstała "Córka żelaznego smoka". Niby spełnia wszystkie warunki bycia powieścią. Jest to tekst, w nim jest fabuła, są postacie. Wydrukowana, jest książką. Ma okładkę, w środku są słowa, można postawić w biblioteczce. A jednak jest to SRAKA.
Sięgnąłem do swoich notatek, próbując odświeżyć swoją pamięć i znaleźć książkę, która ostatnio tak mocno by mi się nie podobała. Dotarłem do roku 2019 i się poddałem. "Córka żelaznego smoka" to dzieło bezprecedensowe, wyjątkowe. Gdy wyszła w UW (2012), poczytałem o niej, stwierdziłem, że nie wygląda dobrze i odpuściłem. Niestety, w 2020, dodrukowano ją z okazji premiery kontynuacji ("Matki..."). A ja byłem wówczas gdzieś w okolicach szczytu swojego książkoholizmu, więc wziąłem. Wciąż, jakaś opatrzność nade mną czuwała, bo podczas gdy ówczesne nowości z UW czytałem w miarę na bieżąco, tak Swanwicka odłożyłem na tylną półkę gdzie sobie grzecznie leżał. No ale nadszedł rok 2026, niesiony falą entuzjazmu po Ballingrudzie i Aoki, uznałem, że tak! Nadszedł jego czas! No i było to doświadczenie, które nie tyle było nieprzyjemne, co wykoleiło mój entuzjazm czytelniczy i nie wiem, kiedy on wróci.
Ludzie czytają takie książki? One się im podobają? Tak - widzę to, poszukałem sobie opinii, nawet tutaj, są ludzie którzy Swanwicka wręcz polecają. No cóż, każdemu jego porno, wnioskuję, że po prostu mamy tu do czynienia z jakąś epicką kombinacją kompletnego rozjechania się moich preferencji czytelniczych oraz na dodatek natrafienia na bardzo zły moment na taką lekturę. I pewnie coś jeszcze na deser, ale już sam nie wiem co.
Męczyłem się od samego początku. Konstrukcja świata przedstawionego odrzucała mnie niesamowicie, tekst wręcz do mnie krzyczał, żebym go odłożył. Tu jakieś elfy, tam mechaniczne smoki-myśliwce, mała dziewczynka w klimatach jak z Oliviera Twista, potem jakaś magia, alchemia. Wyszedł z tego koktajl tak niestrawny, że... dobra, nie będę Was już torturował fekalnymi przenośniami. No nie kupiłem tego, nijak nie umiałem kupić. Ten świat był dla mnie niestrawny. I to nie tak, że nie lubię opowieści z pozornie niepasującymi do siebie elementami, przecież dopiero co wysoko oceniłem taką o romansie kobiety która sprzedała duszę demonowi i kosmitki wypiekającej donuty. Tu jednak autor zaczarował tak, że coś w efekcie końcowym stanęło mi w gardle.
Widać w tym tekście jakieś ambicje, wylewający się z niego nihilizm (fajnie), podejście do stworzenia antyfantasy (udane), ale nie umiem obejść tego, jak bardzo się męczyłem podczas lektury, jak bardzo mnie nie interesowało co będzie dalej. Powinienem był tak po prawdzie porzucić książkę po 20 stronach, ale chciałem dać jej uczciwą szansę ze względu na wyraźny rozjazd między moim odbiorem a ogólnym uznaniem dla niej. No ale wniosek jest taki, że czasami po prostu nie żre, nawet jak inni mówią że powinno.
Główna bohaterka jest... ciekawa, i nabiera coraz więcej kolorytu w miarę rozwoju historii. Zapewne u innego autora, w innych okolicznościach, doceniłbym ją. Zakończenie zapewne daje satysfakcję, jeśli ktoś kupił resztę.
Swanwick w mojej opinii kompletnie nie potrafi opowiadać historii. Robi to w taki sposób, że myślami wracałem do okresu studiów i brnięcia przez podręczniki z ekonomii. Każde słowo to mordęga. Mamy zatem świat, który mnie odrzucał, i historia która mnie nużyła (delikatnie mówiąc). W takich warunkach, inne elementy składowe już były nieistotne. Wszystkie plusy, jakkolwiek wątpliwe - skasowane.
Wróciłem do swojej opinii o "Próżniowych kwiatach" tego samego autora i tam napisałem:
"Próżniowe kwiaty" mnie bardzo zmęczyły. Za ich podstawową wadę biorę fakt, że po prostu mnie nie interesowały. Świat przedstawiony niby na papierze miał ciekawe założenia, ale jakoś nie umiał mnie zaintrygować. Fabuła nużyła, a kreacja postaci była nijaka. Ktoś tam się snuł, coś robił i gadał, a mnie to nie obchodziło. Wszystko tu było właśnie jakieś takie nijakie. Niby nie złe, ale bez wyrazu. Musiałem co jakiś czas zatrzymywać się i cofać o kilka kartek, bo sobie uświadamiałem, że odpływałem myślami podczas lektury gdzieś indziej i nie wiedziałem o czym czytam.
W przypadku "Córki..." wrażenia miałem miejscami inne (świat już w założeniach mi się nie podobał, za to kreacja postaci - choćby i tylko głównej - ciut na plus), ale jednak widzę tu punkty styku w postaci nijakości, znużenia, konieczności wracania się o akapity bo odpłynąłem myślami.
Swanwicka układam sobie na najniższej półce z dopiskiem "więcej szans nie dawać".
1/6 z wykrzyknikiem.
Próbowałem jeszcze podejść do "Smoków Babel", ale gdzieś po 100 stronach zadałem sobie pytanie: po co ja to robię? I odpuściłem.
Fałszywi Bogowie - Graham McNeill
Drugi tom Herezji Horusa. W nim widzimy jej rzeczywisty początek, a więc powoli wychodzimy z fazy wprowadzenia do właściwych wydarzeń. Zaczynają nam się rysować obie strony konfliktu - na razie delilkatnie, ale pierwsze podziały już widać. Rzucane są też tu i ówdzie terminy, pojawia się symbolika, która zapewne coś mówi lepiej obeznanym w uniwersum Warhammera. Innymi słowy, autor dalej buduje podwaliny, wprowadza, przygotowuje. No ciekawe co to będzie, jak już ruszy właściwy konflikt. Na razie, jestem zainteresowany.
4/6
Galaktyka w ogniu - Ben Counter
Domknięcie "trylogii otwierającej" Herezję Horusa. Dzieje się tyle, że głowa boli, wciągnęło mnie tak, że skończyłem w jeden dzień. Jest epicko, jest ciekawie. Herezja rozpoczęła się na pełnej, teraz tylko ciekawe co dalej
4,5/6
Ucieczka "Eisensteina" - Ben Counter
Tu mój entuzjazm do serii nieco oklapł. Ta książka to rozwinięcie jednego z wątków "Galaktyki w ogniu", mamy na niego spojrzenie z innej strony niż tam, a potem - jego kontynuację. No i odkryłem, że niespecjalnie mnie coś takiego interesuje, ja chcę czytać o "głównym nurcie", czyli Horusie i zbuntowanych Prymarchach, o Lokenie, może w końcu o reakcji Imperatora. Takie side-questy raczej mnie nie pociągają, choć fabularnie tu ma to swoje uzasadnienie i jest kolejnym popchnięciem wydarzeń do przodu.
Książka jest napisana na poziomie poprzednich części, są tu dobre pomysły, po prostu rozjechała się z moimi oczekiwaniami. Obawiam się, że skoro seria liczy sobie 60+ tomów, to takich side questów będzie dużo. Szukałem sobie po sieci jakichś "suggested reading order" dla ludzi którzy chcą powybierać sobie co ważniejsze książki, ale one są tak pokręcone, że w sumie wiem mniej niż wiedziałem wcześniej i tylko boli mnie głowa. Biorę się za tom 5, a potem zobaczymy.
3,5/6
Fulgrim - Graham McNeill
Tom piąty Herezji. Niestety, mamy tu kontynuację trendu z tomu poprzedniego, czyli - eksplorację wątków pobocznych, tym razem - cofamy się nieco w czasie i obserwujemy korupcję Prymarchy Fulgrima przez siły Chaosu. Czyli mniej więcej to samo co w tomie drugim, tylko z innym bohaterem. Ma to jednak swoje plusy - autor mocno poszedł w horrorowy setting, postępujące we flocie szaleństwo było fajne. Potem akcja dogania wydarzenia z poprzednich tomów i wyprzedza je, mamy kolejną epicką bitwę i można powiedzieć, że na internetach pisali prawdę, pierwszych pięć tomów jest obowiązkową lekturą dla zainteresowanych serią, prezentują nam pełny obraz początku Herezji. Dobrze to wyszło, jest przemyślane i ciekawie napisane. Jednocześnie, wiem już że tom 6 to znowu przeskok do innego wątku, prezentacja innej armii, innych bohaterów i tak w koło Macieju... zapewne jest to interesujące dla grających w gry fabularne z tego świata - ludzi, którym te wszystkie nazwy od lat coś mówią, ale ja nie umiem się zmusić. Toteż wciskam pauzę z tą serią i nie obiecuję, że kiedyś wrócę. Niby każda z przeczytanych książek mi się podobała, ale straciłem motywację. Za bardzo to wszystko dalej rozbudowane i poszatkowane.
4/6
Autostrada w mrok - Robert Silverberg
Zbiór trzech opowiadań. W jednym skaczemy w czasie do starożytnego egiptu w poszukiwaniu innych podóżników w czasie, którzy zaginęli, w drugim mamy problemy zdigitalizowanej dziewczyny na statku kosmicznym, w trzecim mamy potężny gulasz z kolonizacji planet, religii, techniki. Czyli klasyczny Silverberg. Wszystkie trzy mi się podobały, były udanym miksem pomysłów i dobrego wykonania.
4,5/6
Zrodzony
Ta książka mnie zaskoczyła - tym, jak łatwo się ją czyta. To zdecydowanie najprzystępniejsze dzieło VanderMeera. Realia świata są proste do zrozumienia, fabuła jest pokazywana w sposób typowy. Z jednej strony, doceniam fantazyjną wizję, mającą wiele cech typowych dla twórczości tego autora; można by wręcz powiedzieć, że to taki klasyczny VanderMeer. Jest semi-apokalipsa, biologiczno-genetyczne mutacje, są zagubieni bohaterowie z tajemnicami i są też dziwne potwory. Z drugiej strony, miejscami mocno traciłem zainteresowanie i musiałem przymuszać się do lektury. Fabuła jest najsłabszym elementem tej powieści. Dziewczyna znajduje "obcego" i go wychowuje. No, są tam zwroty, naokoło dzieje się trochę ciekawego, sam świat i jego elementy: Firma, latający niedźwiedź Mord itd. to istotna wartość dodana, ale jednak za często było Shedao umęczon.
4/6
Dziwny Ptak
Stustronicowa nowelka osadona w tym samym świecie. Rzecz zwięźlejsza, lepiej skoncentrowana, bardziej obca i przez to ciekawsza. Obserwujemy świat oczami tytułowego Ptaka, eksperymentalnego stworzenia stworzonego przez Firmę. Wydarzenia "Zrodzonego" przewijają się w tle, ale najważniejsze to dodatkowa warstwa, którą "Ptak" dokłada do zakończenia poprzednika. Rzecz dobra i satysfakcjonująca.
4,5/6
Dead Astronauts
Wyobraźcie sobie, że idziecie sobie chodnikiem wzdłuż jakiejś drogi krajowej, ot takiej przelotówki przez miasto powiatowe. A tu nagle wjeżdża w was ciężarówka, i to nie byle jaka, bo taki dwudziestotonowy, rozpędzony tir. Chłop rozmarowany na kabinie, potem wciągnięty pod koła, przemielony, wypluty na poboczu. Takim mniej więcej doświadczeniem jest lektura "Dead Astronauts". To zupełnie inny typ lektury niż "Zdrodzony" i "Dziwny Ptak". Tu nie ma linearnej fabuły; w ogóle - ciężko jest poskładać z zaprezentowanych nam fragmentów sensowny ciąg wydarzeń.
Akcja powieści rozgrywa się w wielu wersjach tej samej rzeczywistości i na różnych płaszczyznach czasowych. Wszystko jest wymieszane, mózg może się zagotować od samej próby ogarnięcia o której rzeczywistości właśnie czytamy i od prób umieszczenia akapitów w chronologicznej sekwencji.
Trójka głównych bohaterów to: Grayson - była astronautka widząca możliwe przyszłości swoim ślepym okiem, Chen - który ledwo powstrzymuje się przed rozpadnięciem w stado salamander oraz Moss - zmiennokształtny mech, dzięki któremu mogą podróżować między rzeczywistościami. Ich tożsamość właściwie nie istnieje, a jej smętne resztki się dezintegrują. Nie mamy się z nimi utożsamiać i obserwować ich rozwój. Wręcz przeciwnie.
Podróżują przez różne rzeczywistości i skaczą w czasie próbując pokonać Firmę. Czasem giną, czasem zabijają swoje alternatywne wersje. Te same wydarzenia pojawiają się w różnych wersjach, czas się zapętla, przyczynowość rozpada, bohaterowie ciągle stawiają opór ale nie wygrywają i są świadomi, że nie mają na to szansy. A jak wygrywają, to i tak nie jest lepiej. Przemierzają świat po katastrofie, złamany, w którym już nic nie ma sensu.
...a to wszystko w pierwszej połowie książki. W drugiej rozpad przyspiesza, narracja dezintegruje się kompletnie, skaczemy po akapitach jak bohaterowie po rzeczywistościach w swoich bezowocnych wysiłkach. Mózg mi tam prawie wypłynął uchem.
Dobrze zrobiłem, że zabrałem się za lekturę tej książki zaraz po poprzednich częściach. To trochę pomogło w łapaniu kontekstu, nawiązań. Plus uważam, że dobrze też, że jestem po lekturze "Absolucji" - która wprawdzie nie ma z "Dead Astronauts" nic wspólnego, ale nauczyła mnie jak czytać "nowego" VanderMeera, pokazała z jak wielką uwagą trzeba do niego podchodzić. Tu jedno zdanie wplecone luźno w jakiś akapit wyjaśnia cały kontekst wątku, daje kluczową informację którą banalnie łatwo przegapić. A z drugiej strony uczy, żeby nie zawsze szukać na siłę sensu, tylko zaakceptować że go nie ma i zastanowić się co to znaczy.
Celem tej książki właściwie nie jest opowiedzenie historii, tylko wprowadzenie czytelnika w konkretny nastrój i podzielenie się z nim impresjami i konceptami. Autor chce, żebyś czuł dezorientację a nie zrozumienie. Tak jak bohaterowie książki. I uparcie nie chce spełnić standardowych czytelniczych oczekiwań. Tu nie ma nagrody w postaci satysfakcjonującego zakończenia, komfortu, morału. Satysfakcję owszem, poczujesz, ale musisz dać dużo od siebie. Zupełnie nie dziwię się, że MAG nie zdecydował się na wydanie jej. Sprzedażowo byłaby to klapa, a 95% opinii to byłoby "co to kur... jest". Tak zresztą wygląda spora część opinii w anglojęzycznej części internetu, ludzie otwarcie mówią że "Dead Astronauts" ich pokonało i proszą o rzucenie światła na to, o co tu chodzi. Sam spędziłem ładne godziny na czytaniu interpretacji innych i składaniu ich w jakiś spójniejszy obraz. I to, co mi wyszło jest fantastyczne, a i sam proces składania był bardzo intrygujący, ale to musi się chcieć. Można też po prostu stwierdzić: "bełkot" i nie drążyć dalej. Wielu pewnie by na tym poprzestało. To nie tyle książka "nie dla każdego", co: "dla prawie nikogo". Trzeba lubić łamigłówki, i to takie których nie da się do końca rozwiązać. Duże doświadczenie i pasja do surrealizmu i wszelkiego rodzaju chorobliwo-narkotycznych tripów jest wymogiem, żeby to miało szansę zadziałać.
Poświęciłem tej książce i próbom jej zrozumienia dużo czasu, mam w głowie mętlik, ale i czuję radość i satysfakcję z tego, co udało mi się z niej wyciągnąć. Pomimo braku ciągłości fabularnej, to świetne uzupełnienie, hmm.. oplecenie, poprzednich dwóch tomów. No i oczywiście, nie ma co brać się za "Dead Astronauts" bez ich znajomości. Może i nie jest to kontynuacja w żadnym tradycyjnym sensie, ale jednak tam poznajemy pewne zasady świata przedstawionego. Nie jest to dużo, ale tu każdy malutki elemencik zrozumienia jest przydatny.
No, tak pisać to trzeba umieć. Czytać to też trzeba umieć. I być cierpliwym i poczytać co do powiedzenia mają o niej inni, bo bez tego to co najwyżej bym mógł się klepnąć książką w czoło xD
5,5/6