Wiele rzeczy zaskoczyło mnie w tym roku, ale chyba żadna tak, jak "Droga królów"... a konkretniej - jak słaba jest to książka.
Cieszyłem się na tę lekturę, lubię Sandersona (Elantris i obie ery Mistborna + te króciaki wydane przez MAGa). Słyszałem wiele dobrego o ABŚ. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że będzie to dla mnie samograj. A był smutek, cierpienie, kolejne fazy żałoby, a tak na serio i przede wszystkim: NUDA.
"Droga królów" ma jeden wielki problem, który przykrywa wszystko inne: rozwleczenie. Mamy tu całe akapity, strony, rozdziały o niczym. Autor babla i babla, przybliżając czytelnikowi szczegóły, których czytelnik nie chciał i nie potrzebował mieć przybliżonych. Znaczy, nie potrzebował, chyba że jest fanatykiem Cosmere i ogólnie Sandersona i każda kolejna scena to dla niego wartość dodana sama w sobie, możliwość spędzenia kolejnych kilku minut w ukochanym świecie. Niestety, to nie ja.
Walka była ciężka, to tomiszcze zablokowało mnie czytelniczo na jakieś dwa tygodnie. Nie tyle swoją długością (choć ta jest kosmiczna), co faktem, że ilekroć nadchodził czas, który zwyczajowo przeznaczam na czytanie, siadałem, przypominałem sobie, co teraz czytam... i szedłem robić co innego. Trzeba było zaciskać zęby i spinać poślady, żeby to pocisnąć dalej. A nie po to sięgam po Sandersona, żeby zaciskać zęby i spinać poślady. To powinna być rozluźniająca lektura, ciekawa, tzw. page-turner, gdzie ciągle jestem ciekawy co będzie dalej. Tu nie byłem ciekawy niczego.
Książka zasadniczo ma troje głównych bohaterów, których wątki są w większości odrębne:
1. Kaladin - na nim skupia się ten tom, co ma nieprzyjemną konsekwencję w postaci tego, że nie dość, że śledzimy jego niezbyt fascynujące losy, to bardzo często autor raczy nas jeszcze mniej fascynującymi retrospekcjami z jego przeszłości. Sam Kaladin to straszna pierdoła - ciągle użala się nad sobą, jest w bardzo złym miejscu życiowo (toteż się użala), ale jest też Dobrym Bohaterem, takim książkowym (hehe) przykładem dobrego gościa, którego kompas moralny koniec końców zawsze poprowadzi ku właściwemu rozwiązaniu. Pod koniec dowiadujemy się, że jest też Bardzo Potężny - nie złośćcie się, jeśli Wam to brzmi na spoiler, bo nim nie jest - każdy, kto przeczytał w życiu więcej niż 3 książki, raczej od początku swojej przygody z Kaladinem domyśli się, że kryje się w nim nie tylko Wielkie Dobro, ale i Wielka Potęga.
2. Dalinar - jest to - dla odmiany - Szlachetny Rycerz. Chce dobrze, ale naokoło same problemy. O ile wątek Kaladina był bardziej "tworzeniem bohatera w trudnych warunkach", tak tu mamy "jedynego sprawiedliwego w świecie brudnej polityki". No, jego syn wydaje się być równie dobry. Wyobraźcie sobie typowy rycerski etos z jego wszystkimi naiwnościami, Honorem, zasadami itd. - bingo, już wiecie kim jest Dalinar.
3. Shallan - młoda dziewczyna na misji dla swojej rodziny u bratanicy Dalinara. Misja to: ukraść owej bratanicy pewien przedmiot. Niestety, na miejscu dziewczyna wikła się w pseudo-romans rodem z ery wiktoriańskiej, tzn. przez pół książki chłopak jej przynosi chleb z dżemem i oni sobie siedzą i go jedzą i rozmawiają o dupie maryni. Jest to wątek, którego głównym celem zdaje się wprowadzenie nam głębszego tła świata przedstawionego poprzez badania Shallan i Jasnah (tak się nazywa owa bratanica). Wątek najnudniejszy ze wszystkich trzech.
Pomiędzy nimi są interludia, w których śledzimy losy innych postaci. Zapamiętałem jednego: Szeth, bo miał ważną fabularnie rolę w prologu, to on popchnął wydarzenia do przodu. Jest to postać tajemnicza i dająca jakąś obietnicę na przyszłość. W interludiach pojawiają się też inne postacie, które zapewne będą miały jakieś znaczenie w kolejnych tomach, ale niestety w tych nie mają żadnego, więc przez kilka stron czyta się po bohaterze X z krainy Y który robi coś tam. Wczoraj skończyłem książkę i już żadnego z nich nie pamiętam, takie oni robili wrażenie. Pewnie adepci cosmere wróciliby do tych interludiów podczas lektury kolejnych tomów.
I tak mniej więcej płynnie przechodzimy do kwestii, która u Sandersona zawsze rozpala tłumy: światotwórstwo. Napracował się przy tym aspekcie, to mu trzeba przyznać. Mamy tu jakieś historie z odległej przeszłości, które na pewno będą znaczące. Legendy, mity, które pewnie autor skonfrontuje nam z rzeczywistością. W jednym przypadku już tak się stało w zakończeniu pierwszego tomu i było to dobre. Mamy mnóstwo krain, terminów, rozbudowany system (systemy?) magii, jest to świat, na którego pełne poznanie można poświęcić sporo czasu... jeśli to kogoś interesuje. Mnie niestety nie porwało. Coś tam coś tam chłop łapie burzowe światło i się napełnia i atakuje. Więcej nie potrzebuję wiedzieć. W przypadku tej powieści zastanawiam się, czy możliwe jest, przeholować ze światotwórstwem - stworzyć za dużo, zarzucić czytelnika taką ilością nazw własnych, że przestaną go one obchodzić. Patrząc po popularności serii - jestem w mniejszości, no ale tak właśnie miałem.
Są w tej książce plusy. Autor udanie zostawia czytelnikowi haczyki w postaci tajemnic, które są interesujące. Jest część mnie, która jest ciekawa, co będzie dalej. Żeby tylko Sanderson dopuścił tu jakiegoś redaktora-rzeźnika... W przypadku "Drogi królów" uważam, że byłaby to solidna epicka fantasy, gdyby ze 1100 stron wycięto ok. 500. To wciąż byłoby grube tomiszcze, ale bez tych wszystkich gadek o niczym, przeszłości Kaladina i innych narracyjnych narośli. Postacie - jak widać z mojego opisu - nie zrobiły na mnie specjalnego wrażenia, ale pewnie przymknęłoby się na to oko, gdyby nie tonęły w gadatliwości autora. Świat i fabuła niosłyby czytelnika do kolejnych tomów, a z postaciami w seriach to jest taki syndrom sztokholmski - spędzisz z nimi wystarczająco dużo czasu, to już nie wydają się takie złe. Hej, ja przetrwałem całe Koło Czasu.
Zamierzałem poświęcić najbliższy czas na przebijanie się przez ABŚ, ale teraz... potrzebuję przerwy. I nie wiem, czy wrócę do tej serii. Chyba tak, bo wciąż jestem jej mimo wszystko ciekawy, ale "chyba tak" wobec spodziewanego "juhu!! Już rzucam się na drugi tom!!" to ogromne rozczarowanie.
2,5/6