Nie wiem czy teatry też wpisują się w ten temat, ale nie pamiętam, żeby był jakiś bardziej pasujący, wiec sprobuję
.
Byłem w tym tygodniu na dwóch spektaklach w Londynie. Doceniam teatr jako sztukę opowiadania historii, jako skondensowanie ludzkiego doświadczenia do kilku słów wymienianych między aktorami, jako bardzo fajne przeżycie…ale nie doceniam teatru polskiego. W Poznaniu mamy ich kilka, i niektóre produkcje nie są nawet złe, szczególnie doceniam musicale w Teatrze Muzycznym, ale widać że to mała scena, że wszystko jest bardzo regionalne i skromne. I pewnie, można by pojechać nawet i do Warszawy, popatrzeć na bardziej znane twarze. Ale po co, skoro można stosunkowo łatwo zobaczyć najlepszy teatr na świecie? Bo nie ma co kombinować, Broadway i West End to z pewnego punktu widzenia dwa najpiękniejsze projekty na Ziemi, najlepsze co teatr ma do zaoferowania. Szczególnie jeżeli do występu zgłosili się fajni aktorzy
.
Much Ado About Nothing: w reżyserii Jamie Lloyda, w obsadzie: Tom Hiddleston jako Benedick i Hayley Atwell jako Beatrice, a tuż obok nich m.in. fantastycznx Mason Alexander Park, i świetni Mara Huf czy Tim Steed. To William Szekspir w wersji komediowej i spektakl absolutnie precyzyjnie wyreżyserowany. Każdy możliwy żart został zmaksymalizowany, każda linia przemyślana, każda decyzja bardzo świadoma. To jest taka sztuka, która bardzo świadomie kontroluje emocje widza i fantastycznie rozbawia przez większość czasu. Ta produkcja to nowoczesna wersja Szekspira i działa to znakomicie: cały spektakl przepełniony jest głośną muzyką disco, i na scenie wypełnionej rozsypanym różowymi konfetti, które co jakiś czas dodatkowo spadają z nieba. W ogóle, ponieważ sztuka jest o włoskiej społeczności, która bez przerwy imprezuje, to też na scenie jest dużo choreografowanych tańców, a dodatkowo pojawiają się okazjonalne wstawki piosenkowe Mason Alexander. Całość jest niezwykle precyzyjna, i naprawdę na najwyższym poziomie. Reżyser miał świadomość jaką ma obsadę, łącznie z tym, że w pewnym momencie gdy Szekspir napisał że Benedic „widzi obraz Hero” na scenie pojawia się kartonowa figura Captain Carter z Doktora Strange’a, a za chwilę obok pojawia się kartonowy Loki, i nie jest to jakieś chamskie wpychanie widzom amerykańskiej papki, tylko bardzo ładna zabawa ze świadomością widza, że siedzi on właśnie w teatrze z tymi znanymi aktorami. Hayley jako Beatrice jest świetna, uroczo łączy dwie strony tej postaci: osoby z genialnym słowem, a jednocześnie pewną pustką w sercu. (Właściwie jedyną jej słabością to że nie jest Emmą Thompson
.) Tom Hiddleston jako Benedic jest MISTRZOWSKI, jest najśmieszniejszy, swoje co ważniejsze monologi opowiada jakby był światowej klasy standuperem. Tom używa też zaskakująco dużo komedii fizycznej, szczególnie gdy próbuje ukryć się przy scenie z podsłuchiwaniem na scenie, która w zasadnie nie ma żadnej scenografii. Biega, turla się, przewraca, Hiddleston pozwala sobie na komedię niemal slapstikową i działa to znakomicie. I fantastyczna jest też cała reszta obsady, wszyscy zgrabnie przedstawiają wolę Szekspira, wizję Lloyda, utrzymując przy tym nowoczesny ton całej tej produkcji. W tym elementy meta, nawiązujące do tego, że wszyscy jednak wiemy, jesteśmy w teatrze. To jedno z tych nowych przedstawień, które zakłada jakąś lekką interakcję z publicznością, w której trupa aktorska wie, że występuje dla kogoś, że czasem trzeba pozwolić się naśmiać, albo przynajmniej jakoś zareagować. Bawiłem się znakomicie, zmęczyłem się od śmiechu, drugi akt który jednak trudniej jest zrobić dobrze, fantastycznie przedstawił dość głupkowate rozwiązania fabularne i nadmiernie dramatyczne wytłumaczenia z finału. Dobre to było przeżycie teatralne, piękna sprawa.
The Seagull: w Barbicanie w reżyserii Duncana Macmillan i Thomasa Ostermeiera, czyli pan Anton Czechow, czyli jak to u niego, gadają imprezują, nic się nie dzieje
. Co może nieco dziwić, ale ta sztuka jest zaskakująco podobna do producji Much Ado, również scenografia jest jednocześnie skromna i pomysłowa - na środku sceny stoi małe pole kukurydzy, przez które aktorzy przedzierają się żeby wejść i zejść ze sceny. Jest to sztuka która trochę próbuje być komedią, która dość często mówi wprost do widza, i znowu jest obsada wypełniona bardzo znanymi ludźmi. Zatem po kolei: Zachary Hart jako Simon dostaje rolę swego rodzaju narratora, co jakiś czas pojawia się z gitarą elektryczną i śpiewa piosenki, która wprowadzają w nastrój przedstawienia. Jest Tanya Reynolds jako Masha znakomita, fantastycznie pokazuje jej „nastoletni” kryzys, i przy okazji młodych w kryzysie, fantastyczny jest debiutujący w teatrze Kodi Smit-McPhee jako Konstantin. Do tercetu młodszego pokolenia dołączyła też Emma Corrin jako Nina, znakomicie efemeryczna, tragiczna, pełna życia i nadziei, a potem już braku jednego i drugiego. Cała trójka tych aktorów jest znakomita, ta młodzież gra bardzo nowocześnie. Z resztą ogółem, nie do końca rozumiem jak to się im udało, ale w ogóle cały ten spektakl ogląda się jakby był napisany w XXI wieku, a nie w roku 1895. Wielkie gwiazdy wielkimi gwiazdami, ale mnie najbardziej ucieszyło obejrzenie na żywo Paula Higginsa w roli Ilyi, ja go znam z serialu „The Thick Of It”, gdzie gra agresywnego naganiacza politycznego, mówiącego twardym szkockim akcentem, i on tutaj idealnie wpasowuje się do tej roli. No i wreszcie są dwie gwiazdy najważniejsze: po pierwsze Tom Burke jako Trigorin, troszkę schowany, bardzo ostrożny, bardzo markotny, co czyni jego rolę dość nieteatralną, ale dzięki temu robiącą znakomite wrażenie. (W ogóle nie wiem czy wiedzieliście, ale podobno wyglądam dokładnie tak samo jak Tom Burke). No i wreszcie gwiazda najważniejsza: Cate Blanchett jako Irina. I to też jest taki teatr, w którym wszyscy zainteresowani wiedzą gdzie są, aktorzy mają świadomość co czuje widownia, a widownia wie, że ogląda wielką gwiazdę ekranów i telewizorów. To rola najbardziej komediowa z całego spektaklu, najbardziej świadoma, bardzo wprost nawiązująca do tego, że gra ją Cate Blanchett. Co więcej wprost nawiązująca do tego, że to Cate Blanchett gra na scenie Barbicanu, wiec w pewnym momencie pojawia się na scenie w scenicznej wersji t-shirtu, który sprzedawany jest w lokalnym barbicanowym sklepie. Na naszym przedstawieniu rolę Petera grał aktor zastępujący: John Vernon, który jak się okazuje jest częstym understudy londyńskich sztuk. To zawsze dodatkowo ekscytujące gdy wiemy jako widzowie, że na scenie pojawia się coś innego niż wcześniej przygotowany scenariusz. Jak na najlepszy teatr na świecie przystało, poradził sobie w tej zastępującej roli znakomicie. I w ogóle cała ta obsada pozwala sobie na granie najlepiej jak tylko chcą, ale też na działania takie jakie mają ochotę. Tutaj czuć, że to aktorzy bawiący się w teatr bardziej niż precyzyjna maszyna wyreżyserowana przez dwóch reżyserów. Ma to swoje plusy, bo widzimy najlepszych aktorów robiących to co potrafią najlepiej, ma też to swoje lekkie minusy, bo przez to cały spektakl wydaje się nie do końca…spójny? Z pewnego punktu widzenia spektakl ten był lekko samouwielbiajacy się (w sensie angielskiego selfindulgent). Jest jeszcze jeden ważny aspekt tej produkcji: grana jest ona na scenie kompleksu Barbican, a to naprawdę niezwykły architektoniczny projekt. I teatr Barbicanu też jest zupełnie inny niż wszystkie inne sceny, widownia jest bardzo blisko sceny, bardzo blisko aktorów, nawet z balkonu można poczuć się jakby było się blisko centralnej akcji. Było to dla mnie naprawdę niesamowite przeżycie teatralne.
Idźcie kiedyś do teatru!